niedziela, 30 sierpnia 2015

Anna Ficner-Ogonowska – „Zgoda na szczęście”

Na samym wstępie odrobina prywaty. Bardzo Wam dziękuję, że zaglądacie, że ktoś czasem napisze kilka słów. Liczba wyświetleń, chociaż w wolnym tempie, to jednak ciągle rośnie. I tutaj mała prośba – jeśli odwiedzacie to miejsce, czytacie zostawcie po sobie chociaż kilka słów? Nawet jeśli coś Wam się nie spodobało. Może akurat wyciągnę jakieś wnioski? 



autor: Anna Ficner-Ogonowska
tytuł: Zgoda na szczęście
wydanie: Znak 2013
liczba stron: 566


Dzisiaj kolejna część – „Zgoda na szczęście”. Prawda jest taka, że już parę dni temu miałam napisać ten tekst, ale... zupełnie nie potrafiłam się zabrać i nadal nie wiem tak naprawdę co chcę tutaj powiedzieć.

Kolejna książka Anny Ficner-Ogonowskiej to kolejne spotkanie z tymi samymi bohaterami, z Hanką, Mikołajem, Dominiką oraz Przemkiem. Towarzyszymy im w kolejnych życiowych perypetiach, próbach uporania się z przeszłością, oczekując, kiedy pojawi się tytułowa zgoda na szczęście.

Z jednej strony ta część jest napisana tak samo dobrze jak poprzednie, ale z drugiej historia, która na samym początku zupełnie mnie zauroczyła tutaj z biegiem czasu coraz słabiej zatrzymywała przy sobie moją uwagę. I wcale nie chodzi o to, że na jakieś konkretne decyzje Hanki względem Mikołaja i ich związku musimy czekać i czekać. Hankę zupełnie rozumiem i „czuję”! Byłabym nawet skłonna powiedzieć, że wszystko tak... szybko? Mnie coraz bardziej irytował Mikołaj. Może chciałam, żeby był zbyt idealny? Może. Chociaż rozumiem jego logikę i naprawdę w wielu przypadkach mu przytaknę, to jednak w całym wyrazie, jestem na nie...

Książka doskonale utrzymuje klimat poprzednich części, ale ja poczułam się już zmęczona? Może błędem było sięganie po nie od razu po poprzedniej. Przed ostatnią częścią na pewno zrobię sobie teraz dłuższą przerwę i sięgnę po inne tytuły. Może wtedy będzie lepiej?  

czwartek, 27 sierpnia 2015

Książkowe zakupy!

Dzisiaj chcę Wam pokazać to, co trafiło w moje ręce w tym miesiącu, a konkretnie to w tym tygodniu. Tak, wszystko z tego tygodnia... Czyste szaleństwo. Generalnie ostatnio coraz częściej kupuję książki, żeby mieć swoje własne, ale w takiej ilości to nigdy. I wiem, że pewnie większość osób, które tutaj zajrzą nie znajdą w tym tekście zbyt wiele tytułów, które by zwróciły ich większą uwagę i zatrzymały przy sobie zainteresowanie. Wędrując po wielu blogach od razu zauważyłam, że sięgacie przede wszystkim po nowości, z którymi mi nie do końca po drodze. Tak już mam :)

A więc, przechodząc do rzeczy...
Część pierwsza – zakupy antykwariatowe. Uwielbiam. I naprawdę aż mi się serce krajało, że nie wzięłam ze sobą jeszcze tyyyluuu książek, które bym chciała.

fot. gulinka

1. Zbigniew Uniłowski „Wspólny pokój” – książka z dwudziestolecia międzywojennego. Czytałam na zajęcia i teraz skorzystałam z okazji, żeby zaopatrzyć się we własny egzemplarz. Uniłowski wykorzystując wątki autobiograficzne doskonale przedstawia ówczesny świat, życie i problemy artystów. Artystów innych niż ci, których głównie kojarzymy z latami 20-stymi. Jego bohaterowie są bardzo jeszcze bardzo blisko sytuacji młodopolskiej.
2. William Shakespeare „Poskromienie złośnicy” – prawdę mówiąc, nawet nie wiem jakie oceny ma akurat ten dramat Mistrza, ale jak zobaczyłam nie mogłam nie kupić. Ot, syndrom filologa :D
3. Stanisław Dygat „Dworzec w Monachium” – na zajęcia czytałam „Jezioro Bodeńskie” tego autora i może nie znalazło się wśród ulubionych, ale na pewno podobało mi się i ta książka znalazła się u mnie przede wszystkim z ciekawości.
4, 5, 6 Tadeusz Konwicki „Wschody i zachody słońca”, „Sennik współczesny”, „Kompleks polski” – motywacja zupełnie taka sama jak powyżej, chociaż kontekst nieco inny. Czytałam „Małą apokalipsę” i zupełnie się zakochałam, coś niesamowitego, a szczególnie pierwsze 20 stron! (Swoją drogą naprawdę polecam!). Mam nadzieję, że i tym razem będzie chociaż prawie tak dobrze.
7. Agnieszka Osiecka „Szpetni czterdziestoletni” – (zaczyna się klarować prawidłowość :D) znów zdecydowało nazwisko. A potem otworzyłam i gdy tylko zorientowałam się, że jest to opis tego wszystkiego wtedy... wiedziałam już, że koniecznie książka musi być moja.

Teraz część druga z paczki, która dzisiaj do mnie dotarła:

fot. gulinka

1. Jerzy Kosiński „Malowany ptak” – od dawna słyszałam od cioci same zachwyty tą książką, więc w końcu zaufałam, nie sprawdzając nigdzie opinii no i jest u mnie. Mam nadzieję, że się nie zawiodę.
2. Jane Austen „Duma i uprzedzenie” – czytałam jakiej dwa lata temu? Przeczytałam, ale ogromnego zachwytu jednak nie było. A korzystając z okacji, że mama już od jakiego czasu marudziła, że sama chciałaby przeczytać jeszcze raz i może w końcu zrozumieć zachwyty, postanowiłam dać jeszcze jedną szansę tej książce, bo na pewno spojrzę teraz na wszystko inaczej.
3. Italo Calvino „Jeśli zimową nocą podróżny” – co tu dużo mówić, moja miłość. Czytałam na zajęcia z narratologii i zakochałam się od pierwszych zdań. Niesamowita książka, a szczególnie jej forma. Możecie być pewni, że kiedy ją sobie przypomnę, na pewno pojawi się o niej tekst.
4. Stendhal „Czerwone i czarne” – chyba nazwisko i tytuł mówią same za siebie? Klasyka francuska, którą po prostu trzeba przeczytać!

I teraz podstawowe pytanie? Że niby kiedy ja to wszystko przeczytam? ;D

Jeżeli ktoś czytał, szczególnie Kosińskiego, dajcie znać, czy powinnam nadal ufać ;D  

wtorek, 25 sierpnia 2015

Michael Dobbs – „House of cards”

autor: Michael Dobbs
tytuł: House of cards. Bezwzględna gra o władzę
tłumaczenie: Agnieszka Sobolewska
wydanie: Znak 2015
liczba stron: 416

fot. gulinka


Ile to razy już obserwowaliśmy w serialach czy filmach rozgrywki polityczne Ile razy byliśmy świadkami takich potyczek na naszym „własnym podwórku”. Dokładnie w taki świat zabiera nas Michael Dobbs. W świat polityki brudnej i bezwzględnej.

Nie ukrywając, w pierwszym momencie byłam zaskoczona umiejscowieniem akcji w Wielkiej Brytanii. Produkcje serialowo-filmowe przywyczaiły nas raczej do Stanów. Ale przecież pozycję premiera brytyjskiego zdecydowanie można porównać do prezydenta USA.

Książka rozpoczyna się w momencie wyborów partyjnych, które przynoszą rezultat słabszy od spodziewanego i stają się początkiem rosnących problemów partii i samego premiera. Premier, Collingridge, pojawia się tutaj jednak bardzo sporadycznie. Jest raczej postacią, która samym swoim istnieniem motywuje działania innych. Przede wszystkim tych, którzy w Pałacu Westminsterskim prowadzą brudną grę, a największe pożądanie wzbudza w nich siedziba przy Downing Street. „Hous of cards” pokazuje nam, jak łatwo można zniszczyć człowieka stojącego na czele państwa. Wystarczy odpowiednia ilość wiadomości, odpowiednie ich przedstawienie i kilka osób wokół, które ufają, a i same przy okazji próbują załatwiać swoje własne interesy.

siedział przy rządowym stole jak skamieniały. Kiedy wokół podniósł się szum i stłumione okrzyki zdumienia, nie chciał, nie mógł się do nich przyłączyć. Patrzył długo na puste krzesło premiera.
Dokonał tego. Sam.

Głównym bohaterem jest Francis Urquhart. Człowiek zajmujący się wewnętrzną dyscypliną w partii. A przez to będący ważną osobą u boku premiera, jednocześnie posiadającą ogromną wiedzę słabościach i grzeszkach członków rządu, czy całej partii.
Obok Francisa, nie na główny plan, ale może drugi, wysuwa się Mattie Storin. Młoda dziennikarka polityczna chcąca zdobyć jak najlepszą pozycję w zawodzie. Dziewczyna początkowo chłonie każdą wiadomość zapowiadającą rewolucję na Downing Street, by w końcu nabrać wątpliwość w prawdziwość tych doniesień.


„House of cards” zdecydowanie jest warte polecenia. Bardzo lubię taką tematykę i już nie mogę się doczekać, aż zabiorę się za serial stworzony na podstawie tej książki. Czytając coraz bardziej czułam, że ekranizacja na pewno nie bez powodu jest tak głośna, bo zmarnować taki materiał byłoby trudno. Niektórzy jednak mogą poczuć się rozczarowani ze względu na akcję, która nie przypomina tej typowej dla thrillerów. Nie jest dynamiczna, szybka... Powiedziałabym, że jest... punktowa, obrazkowa? Kolejne rozdziały są przedstawieniami kolejnych sytuacji. Bardziej je widzimy niż przeżywamy? Sposób pisania wydaje mi się tu bardziej zewnętrzny względem zdarzeń, co jak dla mnie stwarza właśnie charakterystyczny klimat tej książki i mnie akurat bardzo się spodobało! Także polecam. 

sobota, 15 sierpnia 2015

Anna Ficner-Ogonowska – „Krok do szczęścia”

tytuł: Krok do szczęścia
autor: Anna Ficner-Ogonowska
wydanie: Znak 2012
liczba stron: 414

Lojalnie uprzedzam, jeśli ktoś nie czytał pierwszej części, czyli Alibi na szczęści, niech nie czyta tego tekstu, bo spojlery siłą rzeczy będę :)

Druga część serii to kolejne spotkanie ze znanymi już nam bohaterami. Hanią próbującą odnaleźć się między wciąż otaczającą ją przeszłością i coraz wyraźniej rysującą się przyszłością, Mikołajem zakochanym bez pamięci, Dominiką i Przemkiem, których związek wciąż się rozwija oraz panią Irenką niezmiennie częstującą nas dobrym słowem i herbatą z cytryną.

fot. Olcia


Hanka w tej części podejmuje kolejne próby zmierzenia się z przeszłością, pogodzenia się z nią... Nie zawsze wszystko wychodzi idealnie, zwłaszcza, gdy pojawia się coraz więcej spraw, o których do tej pory nie miała pojęcia, ale w ogólnym rozrachunku Lerska robi spory krok w przód. Jednocześnie też coraz wyraźniej krystalizuje się jej związek z Mikołajem, chociaż nie jest im dane spędzić dużo czasu razem, co zupełnie paradoksalnie wychodzi im na dobre.

Tymczasem związek Dominiki i Przemka przechodzi na kolejne coraz bardziej poważne etapy. Mimo zmian w życiu Dominika jednak wcale się nie zmienia. Nadal pozostaje tak samo szczera, bezkompromisowa, nieustannie martwiąca się o siostrę i starająca się pomóc jej i Mikołajowi.

Mam z tą książką problem i to całkiem spory. Z jednej strony ciągle rozwijająca się historia Hanki. Karuzela emocjonalna. A z drugiej o wiele silniej niż w „Alibi...” zostaje rozbudowana postać Dominiki, tak, że wiele razy miałam poczucie, że to ona tutaj dominuje, podczas gdy jest chyba jedyną postacią, której polubić nie potrafię. Próbowałam i momentami się udawało, ale w ogólnym rozrachunku... przyjaciółkami byśmy nie zostały. W związku z czym dużo razy zaczynałam marudzić, ale w ostatniej scenie... o tym wszystkim zapomniałam. Ona zrekompensowała mi wszystko i zupełnie chwyciła za serducho. Bo właśnie o to „w tym wszystkim” chodzi.


Ocenić negatywnie nie mogę, bo czyta się tak samo dobrze i tak samo wchłania czytelnika (z małymi wyjątkami), ale jednak pierwszej części w moim prywatnym rankingu wyprzedzić nie może. O czym też chyba świadczy, że ten tekst było mi napisać o wiele trudniej niż poprzedni.
  

środa, 12 sierpnia 2015

Anna Ficner-Ogonowska – „Alibi na szczęście”

tytuł: Alibi na szczęście
autor: Anna Ficner-Ogonorwska
wydanie: Znak 2012
liczba stron: 656


Od dłuższego czasu nie sięgałam po książki tego typu, a więc typowo obyczajowe, powiedzmy „romantyczne”. Z bardzo prostego powodu – każda kolejna rozczarowywała mnie coraz bardziej.
W przypadku „Alibi na szczęście” było zupełnie inaczej, chociaż nie do końca spokojnie. Po raz pierwszy zajrzałam do książki już jakiś czas temu, ale wtedy od razu odłożyłam, twierdząc, że nie mój styl, że niczym nie porywa. Tym razem te same kilka stron wystarczyło bym się zakochała w sposobie opisu wewnętrznych przemyśleń, uczuć... Później pomyślałam: Okej, fajnie, ale... żeby tu było coś specjalne? A później wpadłam po uszy.

Ale od początku... Bohaterką powieści, będącej pierwszą częścią cyklu, jest Hanka. 26 letnia nauczycielka języka polskiego, starająca się wrócić do normalnego funkcjonowania po tragedii jaka ją spotkała. Stara się koncentrować na kolejnych zadaniach, na pracy i jak sama mów, boi się życia. U jej boku nieustannie jest Dominika. Przyjaciółka, będąca przeciwieństwem Hani. Energiczna, mówiąca zawsze prosto z mostu co myśli i próbująca ustawiać „siostrę” do pionu. Dobrym duchem Hanki jest też pani Irenka. Starsza kobieta znad morza, służąca zawsze radą i dobrym słowem.
Do grona bohaterów dołącza niedługo Przemek, nowy ukochany Dominiki, oraz jego przyjaciel Mikołaj, który wysuwa się pozycję bohatera głównego tuż obok Hani.

W czasie całej powieści stopniowo poznajemy historię Hanki. I to jest jedną z jej głównych zalet. Nie od razu wiemy co sprawiło, że dziewczyna z tak ogromną rezerwą podchodzi do czekającej na nią przyszłości. Towarzyszymy jej w próbach zmierzenia się z „demonami” przeszłości, które musi spróbować pokonać, oswoić i w nieśmiałych próbach wyjścia naprzeciw boskiemu planowi, jak mówi pani Irenka.

Mikołaj, będąc po nieudanym związku, w czasie wakacji nad morzem zauważa zaczytaną, smutną dziewczynę. Obserwuje ją i robi kilka zdjęć. W końcu ona wyjeżdża, a i on musi wrócić do Warszawy, gdzie jednak cały czas jego myśli uciekają w stronę fascynacji z plaży. W końcu poznaje ją, jako... nauczycielkę swojego młodszego brata. Po jakimś czasie ich drogi znów się krzyżują, a Mikołaj próbuje zbliżyć się do „dziewczyny zza rubikonu”...

Jak już wspominałam na samym początku za serce chwycił mnie sposób opisu, ale trzeba też zauważyć, że wszystkie postacie są świetnie za rysowane. Żadna nie miesza się z inną, każda ma w sobie coś charakterystycznego tylko dla siebie. Obok szerokiego przeglądu bohaterów otrzymujemy też szeroki wachlarz emocji, które nam się udzielają. Zaczynałam czytać ze łzami w oczach, później pojawiał się niekontrolowany śmiech, a w końcu szeroki uśmiech zachwytu.

Zdecydowanie polecam. Warto zatracić się w skomplikowanym świecie uczuć Hanki, dać się porwać nad morze na herbatę z cytryną i na chociaż krótkie spotkanie ze szczęściem w kolorze pomarańczowym. A morska woda może w końcu przestanie być szara i stanie się błękitna?

czwartek, 6 sierpnia 2015

Radosław Romaniuk – „One. Kobiety, które kochały pisarzy”


tytuł: One. Kobiety, które kochały pisarzy
autor: Radosław Romaniuk
wydanie: Wilk&Król Oficyna Wydawnicza 2014
liczba stron: 301

fot.: gulinka


Kiedy tylko zauważyłam tę książkę na jednej z półek księgarni od razu wiedziałam, że musi być moja. I tak też się stało, chociaż musiała potem trochę poczekać, żebym mogła jej poświęcić odpowiednią porcję czasu.

Nadieżda Mandelsztam, Anna Iwaszkiewiczowa, Zofia Tołstojowa i Maria Kasprowiczowa. Cztery kobiety, cztery historie. Cztery różne historie. Przepełnione na przemian to ogromną miłością, fascynacją, trudami dnia codziennego, poświęceniem, zmaganiem z chorobą...

Radosław Romaniuk, literaturoznawca, prowadzi nas w świat dla nas zazwyczaj niedostępny. Przedstawia nam sylwetki tych, które spędziły życie u boku podziwianych przez nas autorów. Widzimy codzienne życie osób, niejednokrotnie uważanych przez nas za mistrzów. Ale przede wszystkim widzimy rolę ich żon, które są nie tylko „zwykłymi” towarzyszkami ich życia, ale nie raz mają duży wpływ na powstające dzieła, na ich redakcję, wydanie, na ich zachowanie dla kolejnych pokoleń.

Jest to książka z całą pewnością warta przeczytania. Przygotowana bardzo rzetelnie – często pojawiają się cytaty z wypowiedzi i zapisków, a historia Zofii Tołstojowej została prawie w całości zbudowana z fragmentów dzienników kilku osób.
Pokazano nam niezwykłych ludzi, w sytuacjach jak najbardziej zwyczajnych, zmagających się z problemami, które mogą być bliskie również każdej, innej osobie.

fot.: gulinka

Ja zostałam oczarowana. Zawsze chłonę każde wspomnienia o życiu pisarzy, o ich sposobie pracy, relacjach prywatnych. Ale przede wszystkim zostałam tutaj ujęta historią Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Z bardzo prostego powodu – dwudziestolecie, Skamandryci pojawiający się gdzieś w tle... To zdecydowanie było do przewidzenia :)
Jednak trzeba pamiętać, że nie jest to książka dla każdego. Ktoś, kto w ogóle nie jest zainteresowany takimi rejonami tematycznymi, z całą pewnością po kilku stronach ze znudzeniem odłoży książkę.



sobota, 1 sierpnia 2015

Powstanie Warszawskie

To nie będzie ani recenzja, ani długi tekst.


Mam nadzieję, że obejrzeliście wczoraj „Powstanie Warszawskie”. A jeśli nie, to zróbcie to przy pierwszej takiej możliwości. Niezależnie od tego, czy uważacie, że było ono potrzebne, czy nie. Możemy myśleć co chcemy, ale nie prowadźmy takich dyskusji, nie stawiajmy takich pytań, jeśli mamy jeszcze choć trochę zwykłej, ludzkiej przyzwoitości.

Obejrzyjmy i doceńmy trud podjęty przez tych ludzi. Zdecydowali się ryzykować własnym życiem, by walczyć o to, co było dla nich najważniejsze. Ten materiał jest czymś niesamowitym. Nie jest jedną z prób przedstawienia tego co się działo. To zapis tego co było naprawdę. Możemy zobaczyć tamtych powstańców, którzy 1 sierpnia wyszli, by walczyć. Widzimy ich dramaty, tragedie, ale też chwile radości, szczęścia z chwilowej wolności, z poczucia, że w końcu mogą coś zrobić, by chociaż spróbować wpłynąć na swój los.
Kiedy patrzy się na kolejne ujęcia najtrudniejsze, a jednocześnie najważniejsze jest właśnie zdanie sobie sprawy, z tego wszystkiego. Że to nie jest kolejny zwykły film o czasach dla nas tak odległych, wręcz abstrakcyjnych. Że ci ludzie na naszych oczach naprawdę się cieszą, naprawdę są ranni, cierpią i naprawdę umierają. Nigdzie indziej nie zobaczycie takiej wiary, takiej nadziei i takiej miłości.



Ogromne podziękowania należą się wszystkim, którzy włożyli mnóstwo pracy w to, byśmy mogli obejrzeć zachowane materiały w takiej formie w jakiej je dostajemy.