czwartek, 29 grudnia 2016

Katarzyna Michalak – „Leśna polana”

Do tej pory z dorobku autorki przeczytałam trylogię kwiatową. Wciągnęłam się wówczas w historię Kamili i jej przyjaciółek, dlatego kiedy w moje ręce trafiła „Leśna polana” prawie od razu zabrałam się za czytanie.



Najnowsza książka Katarzyny Michalak otwierająca nową trylogię leśną to historia trzech przyjaciółek – Majki, Julki i Gabrysi. Dziewczyny poznały się w miejscu bardzo nietypowym jak na zawierane nowych znajomości. Każda z nich jest inna, każda ma inny charakter. Jednak każda wciąż nie potrafi poradzić sobie z własnym życiem. Nie są w stanie poradzić sobie z przeszłością, z własnymi słabościami. Nie potrafią odnaleźć szczęścia i spokoju.

Najbardziej tajemniczą postacią tej powieści, a zaraz wysuwającą się tutaj na pozycję głównej bohaterki, jest Gabrysia. Dla nas jak i dla jej przyjaciółek. Kobieta nie opowiedziała im co się stało w jej przeszłości, a co tak bardo zaważyło na jej życiu. Furtkę do przeszłości otwiera w końcu tytułowa Leśna Polana – stary, drewniany domek, który dałby jej ukojenie, ale na który zdecydowanie jej nie stać.

Trzem przyjaciółką nie udało się zdobyć mojego serca, czy chociaż sympatii. Nie potrafiłam wciągnąć się w ich losy. Sprawa zmieniła się dopiero, gdy w fabule pojawili się trzej bracia Prado. Nic na to nie poradzę, że w książkach moją uwagę przyciągają najbardziej właśnie tacy bohaterowie jak oni. Po przejściach, mający swoje zasady. Jednak mimo to, to wciąż nie jest najlepsza część tej książki.

Najlepszą postacią i najlepszym wątkiem „Leśnej polany” jest ojciec Gabrysi – pan Antoni. Teraz starszy schorowany człowiek, w młodości bohater.
Za jego sprawą przenosimy się do X Pawilony – ubeckiego więzienia, katowni. Obserwujemy tam zdarzenia,których sami nie bylibyśmy w stanie sobie wyobrazić. To czas i miejsce wypełnione cierpieniem po brzegi.
Poznajemy tak „Hitlerka” – najgorszego sadystę X Pawilony. Człowieka przesiąkniętego złem do szpiku kości, człowieka, który ma ogromne znaczenie w całej tej historii.

Fragmenty przeszłości – opowiadana historia Wiktora i jego bracia, a przede wszystkim historia pana Antoniego zdecydowanie wyróżniają się stylem na tle całej powieści. Wyróżniają się zdecydowanie na plus. Całość ma w sobie coś, co nie pozwalało mi się do końca wczytać, co powodowało we mnie jakiś wewnętrzny opór. A co zupełnie znikało, gdy przenosiliśmy się w przeszłość.

Spotkałam się z opiniami, że jest to książka niesamowicie emocjonalna, wzruszająca. Ja tych emocji zupełnie nie odczułam.

Jeśli mam wam polecić „Leśną polanę” to ze względu na wątek historyczny. Chociaż jest to tylko fragment, to dla niego zdecydowanie warto. I myślę, że to bardzo ważne, że taki motyw pojawił się w książce obyczajowej, romansowej, po którą na pewno sięgnie wiele osób, które na co dzień nie interesują się przeszłością i same z własnego doświadczenia nie znają już tamtego okresu. Mam nadzieję, że często nasza historia w takiej postaci będzie w platana w powieści zupełnie niehistoryczne.  

sobota, 24 grudnia 2016

Krystyna Mirek – trylogia „Jabłoniowy sad” („Szczęśliwy dom”, „Rodzinne sekrety”, „Spełnione marzenia”)

Trylogia Krystyny Mirek to niezwykle ciepła historia rodziny Zagórskich. Centrum ich prywatnego świata, tak samo jak i książek, stanowi rodzinny dom z sadem. To tam mieszkają rodzice – Helena i Jan – i to tam każda z córek wraca, by zregenerować siły przed dalszą walką z codziennością. Wydaje się to być rodzina idealna – pełna miłości i przede wszystkim silnie ze sobą związana. Jednak wiadomo, że nie ma ludzi idealnych – rodzin też nie. Od wielu lat ciągną się za nimi niezałatwione prawy, które jak uważa Jan Zagórski powodują, że jego cztery córki nie potrafią do końca ułożyć sobie życia.




Każdy tom tej historii skupia się na losach innej córki Zagórskich. Niekiedy jedna z nich usuwa się w cień, by później zająć główne miejsce w toczącej się fabule. Dzięki temu na pewno nie będziecie znudzeni, ani zmęczeni ciągle tymi samymi bohaterami. Każda z dziewczyn jest zupełnie inna.
Najstarsza Maryla to matka dwójki dzieci – kilkuletnich chłopców. Z mężem rozstała się niedługo po narodzinach młodszego syna. Cały czas stara się ułożyć sobie życie od nowa. Jak sama mówi, nie potrafi być sama. Jednak... spotkanie tego właściwego człowieka wcale nie jest proste.
Gabrysia marzy o dziecku, którego los ciągle jej odmawia. Wraz z mężem bardzo dużo poświęcili, by wciąż walczyć o spełnienie najważniejszego marzenia. Może nawet za dużo.
Julia wraz z przyjaciółką prowadzi przychodnię weterynaryjną. Związana jest z Ksawerym, a wszyscy już planują ich zaręczyny...
Anielka, najmłodsza z sióstr, od zawsze idąca własną, nie zwierza się z własnych trosk. Jest matką kilkuletniej Ani i do tej pory nikomu nie zdradziła kto jest jej ojcem.
Moje serce najbardziej podbiła Julia i Anielka. W nich dostrzegłam najwięcej cech, z którymi mogłabym się utożsamić.

Powieści składające się na serię „Jabłoniowy sad” to bardzo ciepłe opowieści. Towarzyszymy bohaterom w trudnych jak i szczęśliwych chwilach. Obserwujemy ich zmagania z codziennymi problemami, ale też ich relacje uczuciowe. Z jednej strony możemy trochę zaczerpnąć z ich miłości, ale z drugiej zostajemy trochę zmuszenie do „rodzinnego rachunku sumienia”. Losy bohaterów uczą nas, że czasami warto wyjść poza stałą już strefę bezpieczeństwa i spróbować coś zmienić, by odnaleźć szczęście.

Rzadko jestem zadowolona sięgając po książki tego typu – z natury typowo kobiece. Ostatnio najcieplejsze odczucia wzbudziła we mnie seria Anny Ficner-Ogonowskiej. Teraz na pierwsze miejsce wysuwają się książki Krystyny Mirek. W czasie pierwszego tomu miałam kilka ale odnośnie stylu, ale im dalej tym było coraz lepiej. Nawet w końcu znalazł się męski bohater, któremu naprawdę udało się zdobyć moją sympatię. Bartosz bije na głowę Mikołaja Ficner-Ogonowskiej, a nawet Łukasza Magdaleny Witkiewicz.


Jeżeli chcecie oderwać się od codzienności doskonałym pomysłem będzie przeniesienie się do domu Zagórskich, który chociaż nie jest wolny od problemów, to jednak od samego progu otoczy Was ciepłem i aromatem świeżo upieczonego chleba. Nie będziecie chcieli wracać.
  

niedziela, 18 grudnia 2016

Remigiusz Mróz – „Behawiorysta”

W jednym z opolskich przedszkoli pojawia się mężczyzna, który bierze dzieci i przedszkolanki za zakładników, jednocześnie nie przedstawiając żadnych żądań. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy okazuje się, że mężczyzna transmituje wszystko na żywo w internecie, na stronie „Koncert krwi”.



Wszystko to obserwuje, najpierw w telewizji, później znacznie bliżej całej sprawy, tytułowy Behawiorysta. Gerard Edling jest byłym prokuratorem zwolnionym dyscyplinarnie. Od czasu sprawy, która przez długi czas pozostaje owiana tajemnicą, żadne służby nie chcą z nim współpracować. Mimo to jego dawna podwładna, Beata Drejer, zwraca się do niego z prośbą o pomoc.
Edling to kolejny bardzo charakterystyczny i intrygujący bohater stworzony przez Mroza. Tak jak Chyłka, czy Forst mają kilka takich rzeczy po których każdy czytelnik ich rozpozna, tak u Gerarda jest to... nieustanna dbałość o dobre maniery oraz poprawność językową.

„Behawiorysta” to powieść, która została oparta na dwóch silnych osobowościach – Edlinga i Kompozytora, który w byłym prokuratorze upatruje godnego sobie przeciwnika. Wszystko zaplanował pod kontem znajomości ludzkich zachowań tamtego. Każdy gest Kompozytora jest dokładnie zaplanowany. Ich „relację” można by porównać do tej z trylogii o Forście, pomiędzy komisarzem a Bestią z Giewontu.

Tak jak już wspomniałam Kompozytor nie wysuwa żadnych żądań. Oprócz jednego. Chce by to społeczeństwo podejmowało decyzje, to właśnie je nazywa dyrygentem swoich działań. Siebie samego stawia zaś na pozycji, z jednej strony pewnego rodzaju przywódcy, chcącego „oświecić” ludzi, a z drugiej jedynie wykonawcy ich woli.
I tutaj dochodzimy w końcu do kwintesencji całej sprawy. Do działań Kompozytora, które są oparte na tak zwanym dylemacie wagonika.
Mianem dylematu wagonika określało się szereg hipotetycznych scenariusz, które zakładały, że można uratować jedną lub kilka osób kosztem innych. (…) stoisz przy zwrotnicy i widzisz, że rozpędzony wagonik pędzi na piątkę leżących na torach, związanych ludzi. Możesz w porę skierować go na inny tor, ale znajduje się tam inna osoba. (str. 223)
Przedstawiając w ten sposób sprawę, autor wciąga nas w sam jej środek. Chociaż by się próbowało zignorować pytanie i po prostu czytać dalej, to jednak wciąż aktualnie rozważany przypadek jest gdzieś z tyłu głowy. A gwarantuję Wam, że nie są to pytania nad którymi chciałoby się zastanawiać. Podświadomie zastanawiamy się w stronę której ze strony dylematu byśmy się skłonili,a także nad samym pojęciem sprawiedliwości. Bo czy nie mamy chociaż raz w życiu poczucia, że nie została ona wymierzona tak jak byśmy tego oczekiwali? A co gdyby wziąć ją we własne ręce...

„Behawiorysta” dzieje się w tempie do jakiego już Mróz zdążył nas przyzwyczaić. Przez znaczną część powieści napięcie wciąż tylko rośnie. Kiedy zacznie się czytać, nie można już odłożyć książki. Koncert krwi wciąż toczy się dalej. W pewnym momencie co prawna tempo akcji znacznie zwalnia i wówczas miałam poczucie wybicia z rytmu czytania, jednak po skończeniu całości myślę, że nie miało to do dużego wpływu na odbiór. Tak samo jak nie przeszkodził mi fakt, że po raz pierwszy od pewnego momentu byłam pewna, że to wszystko musi się właśnie skończyć. Z tego jestem wręcz dumna, po raz pierwszy udało mi się przewidzieć zamiary Mroza!

Czytając, czy też oglądając recenzje tej książki można niejednokrotnie przeczytać/usłyszeć, że nie jest to lektura dla każdego i zupełnie się z tym zgadzam. Ja bym jeszcze dodała, że oprócz tych, którzy nie lubią krwawych historii, również tym, którzy w swoim otoczeniu mają dzieci albo po prostu są wrażliwi na ich los będzie bardzo trudno.
Z całego dotychczasowego dorobku Mroza każda z książek wciąga czytelnika, odrywając go od wszystkiego wokół. Ale dotąd jedynie „Ekspozycja” robiła to tak silnie. Stawiała przed ważnymi pytaniami, nie była tylko rozrywką. „Behawiorysta” robi to jeszcze mocniej.

„Behawiorysta” to książka dla osób o silnych nerwach. Tyle krwi jeszcze u Mroza nie było! Oraz dla tych, które od kryminału oczekują czegoś więcej. „Behawiorysta” to książka, którą zdecydowanie warto przeczytać i która pozostanie w pamięci na długo.  

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Joanne Harris – „Czekolada”



Do niewielkiej wioski we Francji, tuż przed rozpoczęciem Wielkiego Postu, przybywa Vianne Rocher z kilkuletnią córką, Anouk. Vianne do tej pory wędrowała po świecie, od miasta do miasta. Najpierw z matką, teraz z dzieckiem. W końcu kobieta postanawia się zatrzymać na dłużej. Jej nowym mieszkaniem staje się stara piekarnia, w której otwiera La Praline – sklep z czekoladkami, które tworzy własnoręcznie.

Sama Vianne o swojej matce mówi, że była czarownicą. Ona również „umie więcej”. A fakt, że pojawia się na samym początku Wielkiego Postu i otwiera swój sklep, sprawia, że dla niektórych osób staje się uosobieniem zła i zagrożeniem dla społeczności. Jej sklep jest dla nich wielkomiejską fanaberią, czekolada zdaje się być produktem zupełnie niepotrzebnym, a w tym czasie nawet niestosownym. Mimo to jednak Rocher szybko zdobywa kilkoro wiernych przyjaciół.

Francuska wioska żyje według dawno określonych zasad. Nie wychodzi poza sztywne ramy, a mała społeczność jest zupełnie zamknięta. Vianne swoim pojawieniem burzy panujący do tej pory pozorny spokój. I tak samo jak szybko zdobywa przyjaciół tak samo szybko pojawiają się wrogowie. Ksiądz Reynard traktuje jej pojawienie się i każde działanie jak atak na Kościół, na zbliżające się święta.


„Czekolada” nie jest powieścią, która będzie trzymać w napięciu od samego początku do końca. Akcja toczy się raczej powoli, z dnia na dzień, a całość jest naprawdę... urocza? Jest to ciepła opowieść, chociaż stawia przed naprawdę trudnymi pytaniami. Myślę, że zdecydowanie warto zanurzyć w się magiczną atmosferę „Czekolady” i zobaczyć jak pojawienie się Vianne zmienia dotychczasowe życie w wiosce. Wielu musi podjąć decyzje, przeanalizować swoje dotychczasowe życie, zmierzyć się z własną hipokryzją...  

czwartek, 10 listopada 2016

Paulina Mikuła – „Mówiąc inaczej”

Paulina Mikuła jest absolwentką filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Od zawsze interesowała się językiem polskim, co zaowocowało kanałem na youtube – „Mówiąc inaczej”.
Ja Paulinę odkryłam przy okazji jej wizyty w „20m2” Łukasza Jakóbiaka. Obejrzałam wywiad i poszłam zobaczyć, o co tak naprawdę chodzi. No i... nadrobiłam wszystkiego odcinki Pauliny.

W tym roku ukazała się książka, „Mówiąc inaczej”, również, jak łatwo się domyślić dotycząca języka polskiego. Autorka stara się wyjaśnić jak poprawnie posługiwać się naszym ojczystym językiem, zwłaszcza tam gdzie najczęściej popełniamy błędy i gdzie one są najbardziej irytujące dla innych.



Książka została podzielona na kilka rozdziałów, odpowiednio do poruszanej w nich tematyki. Możemy tutaj znaleźć między innymi rozdział o wulgaryzmach, związkach frazeologicznych, interpunkcji... Mikuła nie próbuje tutaj zebrać wszystkich zasad, nie tworzy czegoś na kształt słownika, czy encyklopedii, ale w luźny sposób wyjaśnia to, co najczęściej sprawia nam problem, a często zabawne przykłady pomagają zapamiętać dlaczego jest tak, a nie inaczej. Ja powinnam często wracać do podrozdziału o regionalizmach, żeby nie zapominać, że formy, które tak bardzo mnie irytują nie są błędami (a przecież sama w domu nie mówię czystą polszczyzną ogólną?).


Myślę, że jest dobra książka dla każdego. I dla tych, którzy dosyć dużo wiedzą już o zasadach panujących w polszczyźnie i dla tych, którzy podobną tematykę omijają szerokim łukiem. Chociaż mnie nic szczególnie nie zaskoczyło (tak, wiem, że poprawną formą jest nie jeźdź), to naprawdę nie żałuję, że zdecydowałam się na zakup. „Mówiąc inaczej” jest bardzo fajną opcją na usystematyzowanie zdobytej już wiedzy, albo też na łatwe zapamiętanie poprawnej formy, której do tej pory się nie używało. Dodatkowo zawsze możemy zajrzeć do zadań zamieszczonych na końcu książki i sprawdzić siebie. Polecam Wam, a może okaże się, że czytanie o zasadach języka to przyjemność?

czwartek, 20 października 2016

Carlos Ruiz Zafón – „Cień wiatru”

Od dawna mam wrażenie, że już wszyscy tę książkę czytali i, kiedy w końcu natknęłam się cudem na wydanie normalnie, nie kieszonkowe, ja też ostatecznie przeczytałam.



Daniel ma jedenaście lat, kiedy ojciec zabiera go na Cmentarz Zapomnianych Książek. Spośród wszystkich zgromadzonych tam tytułów ma wybrać sobie jeden. Zabierze go do domu i od tej pory będzie za niego odpowiedzialny. Wybór chłopca pada na „Cień wiatru” Juliana Caraxa. Ani tytuł, ani autor nic mu nie mówią. Kiedy tylko wraca do domu zaczyna czytać powieść i kończy nad ranem, zafascynowany wybraną książką.

Daniel pragnie odnaleźć więcej dzieł tego autora i dowiedzieć się czegoś o nim samym. A to wcale nie jest takie proste. Reszta książek została zniszczona i z biegiem lat, gdy chłopak dorasta cała historia staje coraz mroczniejsza.
„Cień wiatru” to powieść, która od pierwszej strony oczarowała mnie swoim stylem. Po protu chce się czytać dalej. Jest napisana tak, jak naprawdę dobry klasyk. Jednocześnie też fabuła jest naprawdę wciągająca. Z jednej strony towarzyszymy Danielowi w jego życiu. Obserwujemy jak dorasta. A z drugiej razem z nim co raz mocniej wciągamy się w „śledztwo”. Sami zaczynamy zastanawiać się kim jest Julian Carax i dlaczego komuś zależało, żeby zniszczyć wszystkie egzemplarze jego książek?

Jest to powieść o przyjaźni i miłości. O cierpieniu i o tym, że można się z niego uwolnić. A także o tym jak jedna książka może zmienić całe życie, a historia nie raz lubi się powtórzyć. Jest to powieść, po którą z całą pewnością warto sięgnąć, chociaż nie jestem aż tak bardzo zachwycona jak wiele innych osób.
Natykając się raz po raz na zachwyty nad historią, spodziewałam się czegoś więcej. Mam dosyć mieszane uczucia co do zakończenia, a w zasadzie już czegoś raczej w stylu epilogu. No i... mam wrażenie, że autor coś przegapił, pozwalając bohaterom jak gdyby nigdy nic wejść do pokoju, który ponoć został zamurowany. Kilka razy sprawdzałam, bo może to ja źle przeczytałam, ale nie chciało być inaczej.


Z całą pewnością jednak nie żałuje czasu spędzonego z „Cieniem wiatru”. Wyprawa do Barcelony była bardzo klimatyczna i trzymająca w niepewności. I myślę, że prędzej czy później zabiorę się również za „Grę anioła” i „Więźnia nieba”.

sobota, 24 września 2016

Paula McLain – „Paryska żona”

Powszechnie wiadomo, że kocham lata 20 i Paryż. A jeśli jeszcze do tego pojawiają się prawdziwi artyści to nie może być lepiej. „Paryska żona” teoretycznie to wszystko posiada. Czy było tak doskonale?



„Paryska żona” Pauli McLain to opowieść o Hadley Richardson. Dwudziestokilkuletnia dziewczyna po ciężkim dzieciństwie i dość trudnej wczesnej młodości odwiedza swoich przyjaciół w Chicago. Poznaje tam 8 lat młodszego chłopaka, marzącego o wielkiej karierze pisarza, Ernesta Hemingwaya.

– A co masz zamiar robić?
– Zmienić bieg historii literatury, jak sądzę.

To właśnie Hadley jest w tej książce narratorem. Z jej punktu widzenia poznajemy losy małżeństwa z Hemingwayem. Małżeństwa niejednokrotnie trudnego ze względu na charakter Ernesta, jego pracę, przeszłość... Ale mimo wszystko pełnego miłości. Miłości obustronnej.

Hadley całkowicie oddała się Ernestowi. Rozpoczęło się od wyjazdu do Europy, do Paryża, który był wówczas światową stolicą artystów, pisarzy. Później życie obojga skupiało się na tym, by Hemingwaye mógł pisać. Z trudem wiązali koniec z końcem i niejednokrotnie wizualnie nie pasowali do paryskiej bohemy. Ale to wszystko tak naprawdę nie było dla nich żadną przeszkodą. Trudno wyrazić to opisem, ale ta powieść jest po prostu przesiąknięta ich miłością.
Według notatki z tyłu książki Ernest miał powiedzieć, że „wolałby umrzeć, niż zakochać się w kimś innym niż Hadley”. Spotkałam się gdzieś również wersją, że wolałby nie mieć żadnej innej kobiety, jeśliby to Hadley nie była jego pierwszą żoną.

„Paryska żona” jest również polecana jako powieść w klimacie „O północy w Paryżu” Woody'ego Allena. No nie jestem tego wcale taka pewna. Spodziewałam się czegoś znacznie bardziej... paryskiego? Co prawda jest miasto lat dwudziestych, są artyści – Ezra Pound, Fitzgerald... Jednak ich zagęszczenie na metr kwadratowy jest zbyt małe.
Paula McLain doskonale oddała uczucia łączące Hadley i Ernesta, świetnie przedstawiła osobowość pisarza, jednak z klimatem tamtych czasów to samo się nie udało.

Jest to powieść z całą pewnością godna polecenia. Chociaż dla mnie zabrakło nieco lat dwudziestych i klimatu bohemy, to jednak z czystym sumieniem, mówię, że jest to książka bardzo dobra. Jeśli szukacie książki o miłości, trochę innej niż reszta współczesnych powieści opartych na podobnych schematach i nie przeszkadza wam wolniejsza akcja i to, że przecież wszyscy wiemy jak to się skończy, to z pewnością jest to książka dla was.


Wszyscy żyliśmy na krawędzi, buchała z nas młodość, nadzieja i fascynacja jazzem. Przed rokiem Olive Thomas wystąpiła w filmie „The Flapper” i to słowo nagle zaczęło się kojarzyć z jazzem. Dziewczyny zrzucały gorsety i skracały spódnice, zaczęły malować uta i oczy. W roku 1921 młodość była wszystkim, ale to właśnie ogromnie mnie martwiło.

środa, 7 września 2016

Remigiusz Mróz – „Immunitet”

O MÓJ BOŻE! Tyle jestem w stanie powiedzieć po skończeniu „Immunitetu”. No ale spróbujmy wrócić do początku...



Czwarty tom serii z Chyłką skupia się wokół sprawy Sebastiana Sendala, najmłodszego w historii sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Znajomy Chyłki z czasów studenckich ma zostać oskarżony o zabójstwo. Adwokat od razu zgadza się zostać jego obrońcą i po raz pierwszy staje przed TK, który musi zadecydować o uchyleniu immunitetu. Sendal utrzymuje, że jest niewinny, a w mieście w którym dokonano morderstwa był tylko raz w życiu i bynajmniej nie w tamtych czasie. Prokuratura wydaje się być jednak pewna swego, a sprawa coraz bardziej się komplikuje. Szybko okazuje się też, że sędzia nie jest tak nieskazitelną osobą jak wszystkim się wydaje.
Sprawa jest naprawdę pogmatwana, pojawiają się nowe dowody, a dodatkowego niepokoju dodają czarne róże, które dostaje Joanna. W połowie książki byłam pewna, że na pewno mam rację i nie ma innego wyjścia. Taaaak, oczywiście, że nie miałam. Mróz jak zwykle w formie i wywodzi nas w pole.

Dla mnie jednak wątek sędzi Sendala dzieje się w tle, a na pierwszy plan wysuwa się Chyłka i Zordon. A wszystko dla tego, że całym sercem pokochałam tych bohaterów. Po prostu. A Mróz prowadzi ich genialnie. Ich relacja jest mistrzostwem.
Chyłka w tej części po pobycie w szpitalu trochę dochodzi do siebie i nie „tankuje procentów równie często, co amerykańskie SUV-y benzynę”. Choć czasem to nałóg bierze górę nad nią wbrew temu, że wydaje jej się, że nad wszystkim panuje. Wciąż też krok w krok idzie za nią jej przeszłość, a Żelazny nie ma zamiaru odpuścić jej obrony ojca, do której się nie do końca świadomie zobowiązała.
Oryński z kolei wciąż zastanawia się czy na pewno dobrą drogę wybrał dla siebie. Czy prawdziwe realia tego zawodu można połączyć z ideami i moralnością? Czy może powinien dokonać rewizji swojego życia i zdecydować się przyjąć pewne propozycje? Jednocześnie też staje się dużo bardziej zdecydowany jeśli chodzi o jego życie prywatne.

Ojciec Chyłki, który pojawił się w „Rewizji” tutaj znika gdzieś w tłumie i wiele osób jest z tego powodu niezadowolonych, ale jak inaczej miałoby być, skoro Joanna skutecznie przed tą częścią swojego życia wciąż ucieka? Ale jest to wątek, z którym prędzej czy później ona, a tym samym i my będziemy musieli się zmierzyć. Tymczasem i tak nie jest łatwo. I nie będzie.

Kiedy zaczęłam czytać „Immunitet”, wracając do dobrze znanego już świata warszawskich prawników, poczułam się jakbym wróciła do domu. Z każdą kolejną częścią coraz bardziej kocham ich klimat i dwójkę głównych bohaterów. Chociaż jak wiadomo, żadną książką nie da się dogodzić każdemu. Ja mogę wskazać tutaj jedną rzecz, a właściwie dwa fragmenty, które są praktycznie... takie same. Oryński nie miał pojęcia, dlaczego tak było – przynajmniej do poprzedniego wieczora. Wtedy z jej pijackiego memłania udało mu się wyłowić jasną deklarację, że nie ma zamiaru reprezentować Filipa Obertała, bo nie broni pedofilów. (str. 24) Nie miał pojęcia, o co został oskarżony Filip Obertał. Wiedział jedynie, że kiedy poinformował Chyłkę o tym co zrobiła, w pijackim przypływie szczerości oznajmiła mu, że pedofilów nie broni. (str. 91). Za to jednak autora winić nie można, bo jeśli cokolwiek pisaliśmy w życiu, wiemy, że taki rzeczy wtedy się nie widzi. Ani nawet później czytając własny tekst. Redaktor powinien wyłapywać takie rzeczy.

Ale wracając do pozytywów, które zdecydowanie dominują! Zakochałam się w dwóch pierwszych zdaniach. I w dwóch scenach. Jedna z nich to ostatnia. Genialnie całość została napisana. I jednocześnie Mróz postanowił zostawić nas w takim samym szoku jak po każdym zakończeniu tomów z Forstem. Jest tam TO jedno zdanie. Ostatnie zdanie dialogu. Wiem, że niektórym chodziło to po głowie od jakiegoś czasu, ale w moim przypadku to była ostatnia rzecz jakiej bym się spodziewała. Zupełnie nie mogę przestać myśleć o tym wszystkim. I chciałabym móc zapytać autora o jedną rzecz – co Pan z tym zrobi?!


Po takiej powieści jak „Immunitet” nie wiem jak doczekam pojawienia się w księgarniach kolejnego tomu. I co najbardziej znaczące, pierwszy raz nie mogę patrzeć na żadną inną książkę, bo ciągle w głowie siedzi mi ta jedna.  

sobota, 3 września 2016

Michał Zichlarz – „Kamil Glik. Liczy się charakter”

Kamil Glik – jeden z filarów naszej Reprezentacji. Podstawowy członek naszej pary stoperów. Po jednej z jego interwencji w obronie podczas Euro2016 w internecie komentowano, że tam gdzie nie jeden nie włoży nogi, on włoży głowę.


Glik urodził się w Jastrzębiu-Zdroju, górniczym mieście na Śląsku. Wychowywał się na osiedlu Przyjaźń – sympatycznym raczej jedynie z nazwy. Od samego początku ważne miejsce w jego życiu zajmował sport. Taki czy inny. Od pewnego momentu piłka nożna zajęła szczególne miejsce, a Kamil rozpoczął treningi w szkółce piłkarskiej w Wodzisławiu.

Jego kariera piłkarka różnie się plotła. Przez jakiś czas występował jako bramkarz, później pojawiła się roczna dyskwalifikacja, by w końcu zdecydował się przerwać naukę w liceum i spróbować wykorzystać swoją szansę w... samym Realu Madryt. Potem był powrót do Polski i gra w Piaście, występy w kadrze raz z większym powodzeniem i poparciem trenera, raz z mniejszym, by w końcu stał się pewnym zawodnikiem w wyjściowej jedenastce na najważniejsze mecze, a także by jego klubowa kariera rozwijała się we Włoszech. Jedni mówili, że jako zawodnik nie nadaje się do kry w kadrze, inni pokładali w nim nadzieje.
Grając w Torino szybko podbił serca włoskich kibiców, a w końcu także to właśnie jemu powierzono kapitańską opaskę. A co pomogło mu zyskaniu sympatii i wyjściu na czoło druży? Paradoksalnie – czerwone karki, które otrzymał.

Co pomogło Glikowi w zrobieniu kariery? Charakter. Do tego podejście do treningów, zawziętość, ambicja, krew, pot i łzy. Te cechy sprawiły, że jest piłkarzem tak wielkiego formatu. (str. 47)

Biografia „Kamil Glik. Liczy się charakter” autorstwa Michała Zichlarza to nie wywiad rzeka, to rozmowy z kolejnymi osobami znającymi Glika. To raczej relacja narratora z tych rozmów, w którego roli Zichlarz sprawdza się znakomicie. Nie znajdziemy tutaj suchego wyliczania kolejnych zdarzeń, ważnych dat z życia, kolejnych dokonań. To pełna historia, którą chce się czytać dalej i dalej. Co jakiś czas pojawiają się dodatkowo przytaczane wypowiedzi rodziny, trenerów, samego Kamila... a także artykuły z gazet i internetu. Z biografii wyłania się obraz człowieka, który zawsze walczył o siebie i ciężko pracował, by znaleźć w tym miejscu, w którym jest teraz.
Dodatkowo dostajemy tutaj również krótko zarysowaną historię początków miasta Jastrzębia, historię włoskiego klubu Torino, co tylko wzbogaca opowieść i pozwala nam lepiej poznać Kamila.

Co do Kamila Glika, to uosabia wszystko, co najlepsze w historii naszego klubu (Torino). (str. 171)

Była to druga biografia sportowca jaką przeczytałam (druga naszego reprezentanta) i chociaż to tamta pierwsza była dla mnie punktem obowiązkowym ze względu na osobę, ta jednak zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. Książkę czyta się świetnie i ze względu na styl autora, i to, jak wszystko zostało zbudowane.
Jest to zdecydowanie pozycja obowiązkowa każdego kibica naszej Reprezentacji! Polecam również tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę i powoli zaczynają czuć ten klimat. Nie zawiedziecie się!
Jeśli Kamil na dłużej zostałby w Torino, mógłby się stać ikoną klubu. (str. 188)

środa, 24 sierpnia 2016

Ignacy Karpowicz – „Sońka”

 Prozy Karpowicza wcześniej nie znałam. Do „Sońki” jednak coś mnie przyciągało. I słusznie. Tak jak napisałam na instagramie i facebooku zaraz po jej zakończeniu – jej kupienie było jedną z lepszych decyzji w moim życiu.



Sonia to staruszka mieszkająca w maleńkiej wsi na Podlasiu. Całą miejscowość tworzą cztery domy, z czego tylko dwa są zamieszkane. Jedynymi towarzyszami kobiety są kot, pies, krowa i kury. Pewnego dnia, kiedy Sońka wraca do domu z pastwiska na drodze zatrzymuje się samochód. Wysiada z niego mężczyzna – na pierwszy rzut oka widać, że „miastowy” – i przykuwa uwagę Sonii.

(…) no, taki ładny ten królewicz, że nic tylko go postawić w dużym pokoju i raz w tygodniu odkurzać z kurzu, a na święta ubierać w złocone falbanki, bufki i dziobaki, palić świeczkę, ze skarpety wyciągnąć ostatni po matce pierścionek i patrzeć, patrzeć, aż do akuratnego napatrzenia się, a potem – spać. (str. 12)


Mężczyzna to reżyser teatralny, autor powieści, powszechnie znany jako Igor Grycowski. Los zadecydował, że zatrzymał się właśnie tutaj. Samochód się zepsuł, a w wiosce brak jakiegokolwiek zasięgu. I być może los wiedział co robi?
Kiedy Sonia i Igor nawiązują kontakt oboje wiedzą, że to spotkanie jest bardzo ważne w ich życiu. On dostrzega w niej coś więcej niż staruszkę, więcej niż to, co można zauważyć na pierwszy rzut oka. A ona:
Zrozumiała, że patrzy nie na królewicza, tylko na anioła śmierci; że będzie mogła opowiedzieć swoją historię, wystawić swoje uczynki na zważenie. (str. 22)

Kobieta zaprasza Igora do domu i zaczyna opowiadać swoja historię... Historię, gdzie wojna i miłość się przeplatają i determinują nawzajem. Wojna zawsze niesie ze sobą tylko śmierć i zniszczenie. Miłość niekiedy również. Początkowo przynosi chwile szczęścia, by na końcu zabrać o wiele więcej.
Bo jak może zakończyć się nagła miłość młodej dziewczyny z maleńkiej wioski przy wschodniej granicy i niemieckiego żołnierza?

I chyba nic więcej Wam już nie powiem. Raz, że nie chciałabym powiedzieć za dużo, dwa, że tej historii po prostu nie da się opowiedzieć, streścić. Ją trzeba przeczytać.
„Sońka” to opowieść, która boli. Od początku do końca. A jednocześnie jej styl i treść tak bardzo hipnotyzują, że nie sposób się oderwać. Po prostu trzeba cierpieć dalej razem z bohaterami. To również opowieść, która na długo zostaje razem z nami. I chociaż przeczytana, nie przestaje przyciągać do siebie, kusząc, by ponownie zagłębić się w jej świecie.


Ostatnio mam ogromne szczęście, do książek, które zachwycają mnie stylem. Karpowicz pisze w sposób bardzo specyficzny, ale piękny! Równie specyficznie konstruuje całą książkę. Dla niektórych może być to irytujące. Mnie forma naprawdę zaskoczyła, ale o dziwo po przeczytaniu całości nie mam co do niej żadnych zarzutów. Wręcz przeciwne nadal towarzyszy mi to samo uczucie, które miałam będąc w połowie „Sońki” – chcę ją czytać i czytać.  

środa, 17 sierpnia 2016

Włodzimierz Odojewski – „Oksana”

„Oksana” to druga powieść Włodzimierza Odojewskiego, po którą sięgnęłam. Po „Zasypie wszystko, zawieje...” i rekomendacji moje Pani Profesor od literatury współczesnej, wiedziałam, że prędzej czy później, kolejna książka znajdzie się w moich rękach.



„Oksana” to powieść bardzo specyficzna, zresztą jak cale pisarstwo Odojewskiego. Jej akcja rozgrywa się w latach 90-tych. Głównych bohaterem jest naukowiec, który od wielu lat mieszka i pracuje w Niemczech. Poznajemy go w momencie, gdy w jednej chwili decyduje się wyjechać z kraju, nie mogąc sobie poradzić z chorobą, przed którą lekarze już skapitulowali. Kieruje się do Włoch, które przemierzał już wielokrotnie. Podróżuje od hotelu do hotelu wszędzie witany przez znajomych pracowników. Jego droga to nie tylko próba ucieczki przed umieraniem we własnym mieszkaniu, czy szpitalny łóżku, ale też jak się okazuje rozliczenie z przeszłością. Bohater wielokrotnie analizuje swoje relacje z synem oraz ze zmarłą żoną.
Dodatkowo przez całą podróż towarzyszą mu nowe doniesienia prasowe na temat konfliktu na Bałkanach. Walki Serbów i Chorwatów mimowolnie wywołują temat z przeszłości – Wołyń. Wołyń, z którego nasz bohater pochodzi i który zdołał przeżyć.

W jednym z hoteli mężczyzna słyszy język ukraiński. Fascynuje go kobieta, która się nim posługuje. Tytułowa Oksana przebywa we Włoszech z mężem i synem. Także z jej strony nawiązuje się pewna relacja względem naukowca. Oprócz uczucia łączy ich przede wszystkim ich przeszłość. Łączy i dzieli jednocześnie. Dużo młodsza kobieta nosi w sobie podobną traumę i u nowego towarzysza stara się odnaleźć odpowiedzi na pytania męczące ją przez prawie całe życie.

„Oksana” to powieść napisana w sposób bardzo charakterystyczny dla Odojewskiego. Przede wszystkim nie znajdziemy tutaj klasycznie zapisanych dialogów. Objęte cudzysłowem są przytaczane przez narratora. Dodatkowo tutaj nie dostaniemy również wartkiej akcji. Tak naprawdę akcji nie ma w ogóle. Nieustanna, miarowa podróż staje się podstawą konstrukcyjną powieści o zmierzeniu się z własną przeszłością, rozliczeniu się z własnymi traumami.
Styl jest bardzo trudny i na dłuższą metę męczący, jednak zdecydowanie warto poświęcić tej pozycji nieco więcej czasu, podczytując po kawałku, bo jest to książka zupełnie niesamowita. I paradoksalnie, tuż obok tematu wojennego pojawiającego się co chwilę w tle, to właśnie styl Odojewskiego jest dla mnie ogromnym atutem tej pozycji. Sposobem w jaki zapisywał zdania totalnie mnie zauroczył.
Mam nadzieję, że kiedyś i Wy poznacie jego prozę.


niedziela, 7 sierpnia 2016

Karolina Frankowska – „Zaczaruj mnie”


Główna bohaterka ma na imię Zosia. Jest absolwentką psychologii. Wynajmuje mieszkanie z dwójką przyjaciół – Kaśką i Bartkiem. I jak na razie wszystko w jej życiu układa się nie tak. Nie udaje jej się, znaleźć pracy w zawodzie, choć o niczym innym bardziej nie marzy. Do tej pory również nie rozpoczęła wymarzonego kursu psychoterapii. A i miłości też brak. Za to los wciąż szykuje dla niej kolejne niespodzianki.

Kaśka i Bartek podobnie trochę nieporadnie starają się zapanować nad swoim życiem. On nie może w żadnej pracy zaczepić się na dłużej, a ona uparcie szuka miłości swojego życia.

Mam z tą książką ogromny problem (z każdą lekką i przyjemną mam, ale to szczegół). Z jednej strony czytało mi się ją naprawdę szybko i przyjemnie. Nawet nie przeszkadzała mi tak bardzo narracja w pierwszej osobie, a ciągłe zawirowania w chronologii zupełnie nie powodują zagubienia. Ale z drugiej fabuła jest taaak przewidywalna – już w połowie, jeśli nie wcześniej, byłam pewna jak wszystko się skończy i miałam rację. A wątek miłosny jest jednym z najsłabszych z jakimi się spotkałam do tej pory.

Po „Zaczaruj mnie” sięgnęłam w bibliotece, sugerując się autorką – Karolina Frankowska, jak możemy przeczytać na skrzydełku okładki jest scenarzystką pierwszych sezonów „Prawa Agaty”. Jednego z najlepszych seriali obyczajowych ostatnich lat? Spodziewałam się czegoś znacznie lepszego niż dostałam. (Chociaż prawdę mówiąc drugim powodem była okładka).

„Zaczaruj mnie” to zupełnie nie wymagająca powieść o przyjaźni i szukaniu własnej drogi w życiu. Mam wrażenie, że chociaż książka została wydana w serii literatury kobiecej Wydawnictwa Literackiego to raczej można by ją zaliczyć do tej nowej kategorii – New Adult (chociaż zaznaczam – nie znam się, nie czytałam niczego, ale... właśnie tak to sobie wyobrażam).

Polecać nie będę, bo myślę, że gdybym nie czytała tej książki w czasie, gdy właśnie miałam potrzebę przeczytania czegoś lekkiego, potrzebę rozrywki, mogłabym narzekać jeszcze bardziej.  

wtorek, 26 lipca 2016

Ruta Sepetys – „Szare śniegi Syberii”

Jest czerwcowy wieczór 1941 roku. Rozlega się donośny łomot do drzwi i do domu wpada NKWD. Piętnastoletnia Lina, jej młodszy brat i mama dostają dwadzieścia minut by spakować najpotrzebniejsze rzeczy. Po tym czasie wraz z innymi osobami trafiają na ciężarówkę, a w końcu do wagonów pociągu towarowego...

***



Lina Vilkas to młoda Litwinka. Wychowywała się w kochającej rodzinie. Miała przed sobą wizję prestiżowego kursu rysunku. Jednak w końcu i jej dom ogarnęła wojna. Jej ojciec, wykładowca uniwersytecki, nie wraca do domu, a ona razem z matką i młodszym bratem Jonasem zostają wysłani w morderczą podróż na Syberię...
Moment, kiedy dziewczyna trafia na ciężarówkę NKWD zmusza dziewczynę, by dorosnęła z dnia na dzień. Cała podróż i sam pobyt na Syberii, gdzie każdy musi pracować tak samo, to ciąg kolejnych spotkań z okrucieństwem i śmiercią. Spotkań, które przerastają każdego, a co dopiero tak młodą osobę.
Kiedy zamknięto drzwi wagonu za grupą osób, zamknięto pewien okres ich życia, do którego już nigdy nie będzie powrotu. Teraz to oni stają się dla siebie nawzajem dużą rodziną. Chociaż oczywiście nie brakuje konfliktów i antypatii, to jednak potrzeba przetrwania jest silniejsza i wymaga wzajemnej pomocy.

Lina, która jest narratorką powieści postanawia utrwalać wszystko to, co ich spotyka. Wciąż rysuje. Być może jej rysunki ocaleją i będą mogły świadczyć o zdarzeniach, w których centrum się znaleźli. Niektóre z rysunków stara się wysłać „w świat”, mając nadzieję, że w końcu trafią do jej ojca, który powtarzał jej, że wszędzie rozpozna jej styl, tak samo jak ona styl swojego ulubionego malarza, Muncha.
Przykład Liny pokazuje, że w najtrudniejszych momentach, kiedy wszystko już naprawdę człowieka przerasta, chwyta się on nawet najwątlejszej nitki nadziei. Obietnicy, która w momencie składania mogła wydawać się zupełnie nierealna.

– Do zobaczenia – powtórzył. – Myśl o tym. Myśl, że przywiozę ci twoje rysunki. Wyobrażaj to sobie, bo tak się stanie.
Skinęłam głową.

Muszę też tutaj wspomnieć o jeszcze jednym bohaterze. Który chociaż istnieje gdzieś w tle, to jednak istnieje mocno, o ile tak to mogę nazwać. Nikołaj Krecki jest żołnierzem NKWD, który nadzoruje pracę w łagrze. Lubię takich bohaterów jak on. Właśnie takich, którzy chociaż pozornie nic nie znaczą, znaczą bardzo dużo, a przy tym są tak niejednoznaczni...

„Szare śniegi Syberii” Ruty Sepetys to książka niesamowita. W przejmujący sposób pokazuje los jaki spotykał wielu ludzi w czasie II Wojny Światowej. Nie tylko obywateli litewskich. Pierwszy akapit tego teku nie brzmi wcale obco, prawda? Specjalnie napisałam go tak, by nie zdradzać narodowości bohaterów. Taki sam los na początku wojny spotykał także Polaków mieszkających na wschodzie na kraju. Chociaż poprzez tę książkę patrzymy na tak straszne wydarzenia oczami piętnastolatki, to jednak jest w niej coś... dziwnie lekkiego, czego naprawdę nie potrafię wytłumaczyć. Coś, co sprawia, że czyta się ją naprawdę szybko i łatwo. Wydaje mi się, że ogromny wpływ może mieć na to styl autorki i to w jaki sposób fabuła została tutaj zbudowana. Nie jest to historia ciągła, w której rozdziały mają po kilkadziesiąt stron. Zdarzenia są tutaj raczej pokazane przez pojedyncze sceny, oczywiście ze sobą powiązane, a rozdziały dzięki temu mają kilka stron. Dodatkowo co jakiś czas przenosimy się razem z bohaterką do jej wspomnień. Do jakiejś konkretnej sceny, zdarzenia...


Całość tworzy niesamowitą powieść, którą powinien poznać każdy. Polecam ją nawet tym, a może przede wszystkim tym, którzy nie przepadają za wątkami historycznymi. To nie jest ciężka, poważna książka, chociaż właśnie o takich zdarzeniach opowiada. Trudno jest mnie zadowolić podejściem do tematu wojny, ale tutaj o dziwo ta lekkość wcale nie gryzie się z dramatycznymi wydarzeniami. Przeczytajcie!  

środa, 20 lipca 2016

Liebster Blog Award 2

Kilka dni temu Jadwiga z bloga Zajęcza Nora nominowała mnie do Liebster Blog Award. Dlatego dzisiaj zapraszam do przeczytania moich odpowiedzi :)

Twój ulubiony gatunek literacki?
Prawda jest taka, że większą uwagę zwracam na to kto jest autorem i jaką historię dostanę, niż na sam gatunek. Jednak po większym zastanowieniu wychodzi na to, że zawsze najbliżej było mi do kryminału i thrilleru, chociaż tez nie są to książki, których czytam najwięcej. Po prostu przy nich spotykało mnie najmniej rozczarowań.

Lądujesz na obcej planecie, jaka ona jest?
Z wyglądu Ziemia, z całą pewnością. Jest piękna, więc po co nam coś innego? A na niej... artyyyyyści! Pisarze, muzycy, aktorzy... Raj!

Najcieńsza książka jaką posiadasz.
Zdecydowanie jet to "Siłaczka" Stefana Żeromskiego.



Ostatnio najczęściej słuchana piosenka.
Z muzyką ostatnio mam problem. Ale chyba będzie to "Pokonać grawitację" z musicalu "Wicked" w wykonaniu Sylwii Banasik i Karoliny Warchoł. Studio Accantus robi genialne rzeczy i jeśli ich nie znacie, koniecznie do nich zajrzyjcie :)



Sięgasz po książki wydane w zeszłym stuleciu?
Kiedy przeczytałam to pytanie, w mojej głowie pojawiło się radosne "oczywiście!" I już chciałam mówić o pozytywizmie, romantyzmie... Ale wtedy zdałam sobie sprawę, że zeszłe stulecie to tak nie daleko XX wiek i... jest jeszcze większe OCZYWIŚCIE! Książki, które powstały przed 2000 rokiem stanowią znaczną większość tego co czytam! 

Pewien uczony może przekazać Ci umiejętności jednego z fikcyjnych bohaterów (literackich, filmowych, komiksowych, itp) Umiejętności jakiego bohatera chciałabyś/chciałbyś posiadać?
Bohatera, który ma jakieś talenty artystyczne! Obojętnie jakie :D 

Najzabawniejszy, twoim zdaniem, cytat to?
Nie zapamiętuję wielu cytatów, a tym bardziej ich nie zaznaczam (może powinnam zacząć?). A jeśli tak to... nie są to te "zabawne".

W jakim uniwersum chciałby mieszkać?
Chyba nie wiem o co chodzi?

Co zrobiłbyś z pustą kartką A4?
Napisałabym coś! Opowiadanie, cokolwiek! Gdyby tylko wena w końcu się pojawiła...

Dostaleś tajną mapę, która wskazuje drogę do wrót do innego wymiaru. Gdzie według mapy one się znajdują?
Na pewno na jakimś końcu świata, w naprawdę odległym miejscu z mojego punktu widzenia. Myślę, że mogłaby to być albo mroźna Syberia, albo wręcz przeciwnie  – Ameryka Południowa.

Czym jest dla Ciebie wolność?
Już kiedyż odpowiadałam na to pytanie, ale może od tamtego czasu coś się zmieniło?
Wolność to... życie bez strachu o kolejny dzień, z możliwością cieszenia się własną koncepcją szczęścia, spełniania się w tym, co się kocha.


sobota, 16 lipca 2016

Katarzyna Michalak – Seria Kwiatowa („Ogród Kamili”, „Zacisze Gosi”, „Przystań Julii”)

Od dłuższego czasu bardzo rzadko sięgam po „literaturę kobiecą”. Nieustannie spotyka mnie rozczarowanie za rozczarowaniem i do każdej książki mam mnóstwo ale. Ostatnio jednak, co zaskakujące dla mnie samej, naszła mnie ochota na typowo babską historię.
Sięgnęłam po „Ogród Kamili” zupełnie nieświadoma, że jest to pierwsza część Serii Kwiatowej. Efekt? Przeczytałam wszystkie trzy.

Seria Kwiatowa Katarzyny Michalak to opowieść o przyjaźni, miłości, marzeniach i o tym jak życie przygotowuje dla nas ogromne niespodzianki. Główną bohaterką wszystkich trzech części jest Kamila, a w kolejnych tomach („Zacisze Gosi”, „Przystań Julii”) miejsce na własną historię dostają również bohaterki poznane już przez nas w „Ogrodzie Kamili”.

Kamila Nowodworska rok temu ukończyła licencjat, jednak nadal pozostaje na utrzymaniu ciotki, Łucji Jadwisińkiej. Pracodawcy mają zbyt wygórowane wymagania, a także nie raz dziewczynie brakuje odwagi i wiary w siebie, by wyjść poza swój bezpieczny pokój wypełniony książkami i marzeniami o różanych ogrodzie i miłości tego jedynego. Jedynego, który z dnia na dzień zniknął z jej życia 8 lat temu, zostawiając ją zupełnie samą z bólem, który trwa do dzisiaj.

Nagle życie Kamili zmienia się diametralnie. Dostaje pracę w nowo powstałej firmie deweloperskiej i przenosi się do Warszawy. Ma zająć się remontem willi Sasanki w Milanówku – przygotować wszystko tak, by spodobało się klientce – młodej romantyczce. Wszystko zdaje się układać zbyt pięknie, by mogło być prawdziwe, albo by mogło być przypadkiem. Kiedy Nowodworska wraz ze swoim nowym szefem Łukaszem ogląda dom i przylegający do niego różany ogród ma wrażenie jakby los z niej zakpił – dokładnie tak to sobie wyobrażała. O tym marzyła. A teraz ma oddać temu miejscu swoje serce, by w końcu zamieszkał tam ktoś inny.

Łukasz, prezes Farmiki (lecz nie jej właściciel), również ma podobne odczucia jak Kamila. Nie do końca rozumie co dziewczyna robi w „jego” firmie. Czuje się trochę jak... aktor teatru lalkowego, który nie do końca wie jak przedstawienie ma przebiegać. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy do głosu zaczynają dochodzić uczucia wszystkich.

A kim są tytułowe postacie z dwóch kolejnych tomów? Gosia jest sąsiadką Kamili. Kobieta nie jest w stanie przezwyciężyć swojej traumy, swoich lęków i jedynym miejscem, do którego wychodzi z domu jest ogród przy sąsiedniej willi. Z kolei Julia to żona znanego biznesmena, właściciela jednej ze stacji telewizyjnych. Mąż kupuję drugą z willi sąsiadujących z Sasanką, by ostatecznie kobieta zamieszkała... tam sama.

Bohaterom powieści Katarzyny Michalak nie brak własnych kłopotów, z którymi próbują się mierzyć już od dłuższego czasu. Mimo to los zrzuca na nich wciąż kolejne i kolejne... Wśród kilku opinii na jakie spojrzałam w czasie czytania niektórzy zarzucali, że ilość problemów i nieszczęść jest wręcz nierealna. Ale ja tak nie uważam. Dużo bardziej prawdopodobne wydaje nam się chyba większa ilość nieszczęść niż przesłodzone szczęście, prawda?

Serię Kwiatową, po przeczytaniu całości, naprawdę Wam polecam! Bardzo przyjemna lektura o marzeniach, szczęściu, miłości... Lektura wywołująca cały wachlarz emocji. W moim przypadku najpierw była irytacja bohaterką, potem zauroczenie Łukaszem, szeroki uśmiech pojawiający się co jakiś czas, bym w końcu płakała jaka bóbr kończąc drugą część i śmiała się w trakcie trzeciej.
Jeżeli chcecie się przekonać, co zdarzyło się w przeszłości Kamili, co czeka ją oraz innych bohaterów w przyszłości, oraz by przekonać się, że nie wszyscy bywają tymi, za których ich uważamy, koniecznie sięgnijcie po te powieści!


Czytaliście te albo jakieś inne książki pani Michalak? :)

czwartek, 23 czerwca 2016

Charlotte Brontë – „Profesor”

Siostry Brontë mam nadzieję kojarzy każdy. Najprawdopodobniej dzięki „Wichrowym wzgórzom”. Dzisiaj przychodzę z powieścią Charlotte Brontë „Profesor”.



Profesor” to pierwsza powieść autorki. Opowieść rozpoczyna się w momencie, gdy główny bohater, William Crimsworth, odnajduje list jaki pisał do swoje przyjaciela. Opisuje w nim swoje losy zaraz po ukończeniu szkoły. Zerwał z dotychczasową opieką wujów i na przekór im postanowił zostać kupcem. W tym też celu napisał z prośbą o pomoc do starszego brata, Edwarda. Gdy list się kończy, William, będący narratorem, zaczyna nam opowiadać o kolejnych zdarzeniach.

Bohater zostaje zatrudniony przez brata jako kancelista, szybko jednaj okazuje się, że nie jest to praca jego marzeń, a z Edwardem na pewno nie będą kochającą się rodziną. Wtedy na jego drodze staje pan Hunsden. Człowiek dość specyficzny, który raz po raz będzie pojawiał się w jego życiu.

Wkrótce Crimsworth z listem polecającym Hundsena w kieszeni wyjeżdża do Belgii, by tam szukać nowego „pomysłu na siebie”. Osiada w Brukseli i tak obejmuję posadę tytułowego profesora. Zostaje nauczyciela w szkole dla chłopców, której dyrektorem jest monsieur Peleta. Mając dobra opinie, podejmuje również niedługo pracę w sąsiedniej szkole dla dziewcząt, którą kieruje mademoiselle Reuter.

Jak doskonale wiadomo, książki sióstr Brontë nie mogą obyć się bez wątku miłosnego. Nie brakuje go również tutaj. Młody zdolny nauczyciel, pewna siebie panna Reuter, pan Pelet, a także młodziutka nauczycielka prac ręcznych, która zostaje również uczennicą Crimswortha. Czwórka bohaterów, których losy ciągle się przeplatają.
Jednak „Profesor” to nie prosty romans. Obok perypetii bohaterów, znajdujemy też liczne rozważania – nazwijmy je ogólnoludzkimi – które pojawiają się albo w przemyśleniach bohatera-narratora, albo w dyskusjach postaci.
A czymże jest skojarzenie, mademoiselle? Nigdy go nie widziałem. Jaką ma długość, szerokość, ile waży, jaką przedstawia wartość, właśnie – wartość? Jaką cenę osiągnie na rynku?Dla kogoś, kto pana kocha, jego portret, ze względu na skojarzenia, jakie budzi, byłby bezcenny.
(…)Jeżeli świat pański jest światem bez skojarzeń, panie Hunsden, to nie dziwię się już, że tak bardzo nienawidzi pan Anglii. Nie wiem dokładnie, czym jest Raj i kim są aniołowie niemniej jednak przyjmując, iż jest to najcudowniejsze miejsce, jakie można sobie wyobrazić, aniołowie zaś są najwznioślejszymi z istot, to jeśli jeden z nich – jeśli sam wierny Abdiel – (myślała o Miltonie) – zostałby nagle odarty z umiejętności snucia skojarzeń, myślę, iż niebawem wybiegłby pędem z „wiecznotrwałych bram”, opuścił niebo i aby odnaleźć to, co utracił, udał się do piekła. Tak, do samego piekła, do którego przecież „wzgardą płacąc, i tyłem się odwrócił”. (str. 275-276)


Książkę czytało mi się naprawdę lekko, a losy Crimswortha wciągały i zmuszały, by czytać wciąż dalej. Zwłaszcza, gdy nadal trwała intryga. Bo niestety, kiedy wszystko stawało się już jasne, nie było żadnych niedopowiedzeń, ani szans na nagły zwrot wydarzeń, miałam wrażenie, że powieść zaczyna powoli umierać śmiercią naturalną. Mimo to jednak czas spędzony z książką naprawdę dobrze wspominam i w pewien sposób nadal jestem nią zauroczona. 

wtorek, 7 czerwca 2016

Magdalena Witkiewicz – „Po prostu bądź”


Kiedy Paulina się urodziła, jej rodzina od razu miała dla niej gotowy plan na całe życie. Po pierwsze – po co komu matura? Po drugie musi wyjść za mąż. Najlepiej za kogoś z sąsiedztwa. Adrian nadawał się idealnie. Po trzecie i najważniejsze – to właśnie ona przejmie po rodzicach gospodarstwo. Dziewczyna tak długo słuchała tej wersji, że w końcu sama uwierzyła, że to jedyne, słuszne wyjście. Jednak... w Adrianie potrafiła zobaczyć tylko przyjaciela, a jej nauczycielka powoli zaczynała otwierać jej oczy, że to ona sama może decydować o swoim życiu. Po jej cichych sugestiach Pola wybrała liceum. A później zdała na architekturę w Gdańsku. Rodzina przyjęła jej wyjazd na studia jako zwykłą fanaberię, która prędzej, czy późnej jej się znudzi i zdecydowanie nie kryła swojego niezadowolenia.

Pola wyjechała z rodzinnego domu, tym samym praktycznie zrywając kontakt z rodzicami na kilka lat. W zamian znalazła tam przyjaciółkę Kingę i miłość. Doktor Aleksander Dembski był wykładowcą Pauliny. Wystarczył jeden wieczór poza uczelnią, by oboje stracili dla siebie głowę.

Jednak, jak to się mówi – chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach. Z dnia na dzień Pola została sama. W ciąży, z kredytem na pół miliona...

Łukasz był przyjacielem Aleksa. Znali się od lat. Razem studiowali, razem prowadzili firmę, a także podobały im się te same kobiety. Ale przecież jak wiadomo – kobieta przyjaciela to rzecz święta. Dlatego Łukasz był najlepszym przyjacielem na świecie. Zawsze obok, wystarczyło jedno słowo, by się pojawił. A kiedy Pola została sama, by pomóc jej finansowo i lepiej otoczyć ją opieką, zaproponował jej bardzo specyficzny układ....

Do książki podeszłam z dużą rezerwą. Przez rozpoczęciem miałam ogólne pojęcie czego dotyczy fabuła i mogłam się spodziewać, że stracę trochę nerwów. Czy kochać, tak naprawdę, można tylko raz? W tej kwestii jestem idealistką. Jedną książkę przez podobny temat skreśliłam, w innej główny bohater mnie bardzo irytował, a „Po prostu bądź”? Tutaj było trochę inaczej.

Książka Witkiewicz nie wzbudzała we mnie irytacji w czasie czytania. Historia zupełnie mnie wchłonęła, nie pozwalając się oderwać. Jednak to wcale nie znaczy, że jestem zachwycona.
Już po skończeni mimowolnie porównywałam sobie tę książkę z serią Ficner-Ogonowskiej. Tam całość mnie oczarowała ale główny bohater coraz bardziej irytował. Tutaj, zupełnie paradoksalnie, to właśnie Łukasz został moim ulubionym bohaterem. Ani Poli, ani Aleksowi nie udało się podbić mojego serca. Łukasz przede wszystkim ma w sobie nieco więcej zrozumienia niż Mikołaj z „Alibi na szczęście”. Po nim po prostu bardziej widać, że kocha (choć jak wiadomo do ideału mu daleko).

A czego mi zabrakło? Z jednej strony prosty styl i bardzo szybkie tempo zdarzeń sprawia, że książkę można przeczytać jednego dnia i trzeba ją tak przeczytać, bo odłożyć nie można. Jednak z drugiej dla mnie osobiście jest to sposób pisania zupełnie obcy i czuję duży niedosyt, bo przecież tyle czasu zostało pominięte, zabrakło, dla mnie tak ważnego, wnętrza postaci... Chociaż gdyby pojawiły się takie opisy w pierwszej osobie mogłabym narzekać jeszcze bardziej...


„Po prostu bądź” to książka bardzo prosta i lekka. Przejmująca i niezwykle skutecznie przykuwająca uwagę, jednak brak głębszego wejścia w historię. Ta powieść to dobry sposób, by na chwilę oderwać się od rzeczywistości, ale nie zostaje na dłużej w głowie i z całą pewnością nie mogę jej dodać na listę ulubionych.  

piątek, 27 maja 2016

Remigiusz Mróz – „Trawers”



Wiktor Frost odsiaduje swój wyrok na Podgórzu, w więzieniu przeznaczonym dla skazanych po raz pierwszy. Na swój sposób próbuje sobie radzić z tą sytuacją, a także z uporczywie męczącymi go migrenami. Do pewnego czasu udaje mu się nie wzbudzać większego zainteresowania u współwięźniów. Jednak jak można się spodziewać w takim miejscu szczęście musi w końcu go opuścić. Dodatkowo spokój burzy przesyłka jaką dostaje z zewnątrz oraz list... Powodują one, że zrezygnowany do tej pory Wiktor postanawia zacząć działać. Być może jeśli znajdzie lepszego prawnika uda się coś zdziałać? Nowym obrońcą komisarza zostaje nie kto inny jak... doskonale znana wszystkim miłośnikom prozy Moroza, Joanna Chyłka.

W tym samym czasie prokurator, Dominika Wadryś-Hansen, rozpoczyna nowe śledztwo. W Tatrach zostało znalezione ciało mężczyzny z syryjską monetą w ustach, a sprawca zadał sobie sporo trudu, by utrudnić identyfikację denata. Siłą rzeczy rozpoczynają się dyskusje – czy Bestia powróciła? Może naprawdę nadal żyje? Nikt jednak nie chce poważnie podchodzić do takich sugestii, a syryjska moneta mimowolnie ściąga podejrzenia na grupę syryjskich uchodźców, która została niedawno zakwaterowana w Kościelisku.

Sytuacja zaczyna zmieniać się diametralnie zarówno w Krakowie, jak i w stolicy polskich Tatr.
Prawniczka, polecona kiedyś przez Szrebską, staje na wysokości zadania. Forst może rozpocząć pościg za Bestią, która prowadząc go za sobą, nieustannie jest o krok przed byłym policjantem.
Wadryś-Hansen ma przed sobą coraz więcej kłopotów. Proste z pozoru śledztwo wciąż się komplikuje, a gwałtowne reakcje mieszkańców niczego nie ułatwiają. Pani prokurator i Edmund Osica trochę na ślepo kręcą się pomiędzy kolejnymi ciałami. Dominika w końcu decyduje się nakłonić Forsta do współpracy. Tylko on jest w stanie zrozumieć mordercę. A mordercy z niewiadomych przyczyn zależy na „rywalizacji” z komisarzem.

Mróz po raz kolejny nie oszczędza czytelnika. Z jednej strony nakładania do chwili zastanowienia się. Po „Rewizji” po raz kolejny wplata do powieści wątek społeczny, stawiając nas przed pytaniem o uchodźców. Mimowolnie stajemy pomiędzy Osicą i Wadryś-Hansen toczącymi spór. Po której stronie staniemy tym razem? Z drugiej strony w doskonale znanym już stylu nie daje chwili wytchnienia – jedno zdarzenie od razu zastępuje kolejny. Akcja znów pędzi, ciągnąc za sobą czytelnika i wciągając coraz głębiej.

„Trawers” po prostu się pochłania, chcąc więcej i więcej, jednocześnie czując, że już nic bardziej nie może nas zaskoczyć, podczas gdy po kilku zdaniach okazuje się, że jednak może. I wciąż zaskakuje. Do samego końca.
Po tej powieści, po tym zakończeniu Remigiusz Mróz jest dla mnie mistrzem wyprowadzania czytelnika w pole. Tak jak Bestia nieustannie „gra” z Forstem, tak samo autor „gra” z nami.



środa, 25 maja 2016

Anna Mieszkowska – „Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej”

Każdy z nas w liceum, czytając „Zdążyć przed Panem Bogiem”, poznał Marka Edelmana, uczestnika powstania w getcie warszawskim. A ilu z nas zna Irenę Sendlerową?


Irena Sendlerowa urodziła się 15 lutego 1915 roku. A więc momencie wybuchu II Wojny Światowej miała 24lata. Młoda dziewczyna, która właśnie skończyła studia i ma przed sobą całe życie. Nie próbowała jednak ratować się z wojennej zawieruchy. Wręcz przeciwnie. Nie raz ryzykowała swoim życiem, by pomagać innym, głównie Żydom. Znana jest przede wszystkim z działalności w Żegocie – Radzie Pomocy Żydom, gdzie była kierowniczką Referatu Dziecięcego. Irena Sendlerowa nie tylko próbowała zadbać o tych, którzy żyli w najcięższych warunkach i którym najbardziej brakowało jedzenia, ale przede wszystkim ratowała dzieci, organizując ich wyjście poza mury getta. Nie raz zaledwie kilkumiesięczne dzieci dostawały szansę na życie w „normalnym” świecie. Najczęściej z całej rodziny przeżywały tylko one.

Książka „Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej” to nie zbiór suchych faktów. Autorka, Anna Mieszkowska, włożyła sporo wysiłku w to, byśmy mogli zobaczyć na kolejnych stronach prawdziwego człowieka. Nie idealnego bohatera, ale właśnie człowieka. Mieszkowska spędziła sporo czasu na rozmowach z samą Ireną Sendlerową, z których cytaty są przytaczane raz po raz. Otrzymujemy również zapis rozmowy z córką, Janką, wypowiedzi osób, które z Sendlerową w konspiracji współpracowały, a także tych, którzy otrzymali od niej szansę na drugie życie.

Dla Ireny Sendlerowej akcja pomocy Żydom, której był wierną i oddaną uczestniczką, nigdy się nie skończyła. Trwała nadal dzięki kontaktom z uratowanymi, ich dziećmi i wnukami. Pisali do niej z całego świata. Pamiętali. Była ostatnią, która wiedziała, kim byli, zanim przekroczyli mur warszawskiego getta. (str. 173)

Oprócz poznania sylwetki kobiety, która całe swoje życie poświęciła pomocy innym, dostajemy także niesamowitą lekcję historii. Możemy chociaż w niewielkim skrawku przeczytać o tym, jak wyglądało życie wojennej Warszawy, getta. Są to opisy bardzo przejmujące i wzruszające, z których powinniśmy nauczyć się wyciągać wnioski.

Wojna Hitlera (...) stała się pierwszą w historii wojną świadomie zwróconą także przeciwko dzieciom. Wymordowanie dzieci stało się jednym z celów wojennych Hitlera. Szło w tym przypadku nie o wszystkie dzieci z krajów okupowanych, lecz o reprezentantów zupełnie konkretnej grupy: o dzieci żydowskie. W tym jednym przypadku o wszystkie. (…) dzieci żydowskie, łącznie z niemowlętami, z woli Hitlera i jego najbliższego otoczenia politycznego, przy cichej zgodzie lub udawanej niewiedzy większości społeczeństwa niemieckiego i bierności większości społeczeństw okupowanej Europy, zostały skazane na śmierć. Umierały zabijane najokrutniej, jak tylko sobie można wyobrazić (…). ten wyrok śmierci został wykonany na oczach ślepego na tę zbrodnię świata, mającego za jedyne alibi – niedowierzanie. (str. 59)

Jak już wspominałam publikacja została zbudowana na wielu wypowiedziach różnych osób, ale nie tylko. Jest także zbiorem całego mnóstwa zdjęć, dokumentów i artykułów z gazet. W moim poczuciu jest to naprawdę wartościowa pozycja, która powinna być poznana przez jak największe grono czytelników.



Dla mnie osobiście najbardziej przejmujące, obok tych dotyczących samej wojny, jak ten przytoczony powyżej, były fragmenty odnoszące się do uratowania z getta Michała Głowińskiego. Bo jak wyglądałoby dziś polskie literaturoznawstwo, gdyby mały Michałek nie dostał drugiej szansy? Przecież połowa tekstów czytanych przez nas na studiach, to te autorstwa Głowińskiego...


Gorąco polecam Wam tę książkę!

czwartek, 19 maja 2016

Nicola Thorne – „Powrót do Wichrowych Wzgórz”

Książkę znalazłam na bibliotecznej półce zupełnie przypadkiem. Chwile zastanawiałam się, nie mając dobrych przeczuć, jednak w końcu zabrałam ją ze sobą z nastawieniem, że najwyżej chociaż trochę się pośmieję.



Akcja rozpoczyna się prawie 40lat po zakończeniu „Wichrowych Wzgórz” Emily Bronte. Autorka utrzymuje książkę w konwencji oryginału – na samym początku poznajemy Toma Lockwooda, syna pana Lockwooda. Tom przed śmiercią ojca otrzymuje od niego spisaną historię i zostaje zobowiązany, by dowiedzieć się jak dalej potoczyły się losy jej bohaterów.
Jakiś czas później Tom Lockwood przyjeżdża do Gimmerton, a po kilku dniach wybiera się razem z psem na spacer. Dociera aż do Wichrowych Wzgórz. Tam spuszczony ze smyczy pies wpada między stado owiec, przez co sprowadza na siebie i swojego właściciela gniew gospodarza. Jest to wysoki, dobrze zbudowany i bardzo nie przyjemny w kontaktach mężczyzna. Zaraz potem przed domem pojawia się kobieta i kilkuletnia dziewczynka – Cathy. Gdy Tom w końcu odchodzi, właściciel zwraca się do niego słowami:
Powiedz im pan – nakazał – żeś widział Antoniego Heathcliffa, słyszysz pan? I że jest tak samo szalony, jak zawsze!
Połączenie imienia Cathy oraz nazwiska Heathcliff robi na nim piorunujące wrażenie.

Niedługo później Tom dociera do Agnieszki Dean – kobiety, która może mu opowiedzieć dalszy ciąg historii pozostawionej przez ojca. Agnieszka, będąc młodą dziewczyna, przejęła po swojej ciotce pracę w Drozdowym Gnieździe. Mieszkająca sama, starsza kobieta chętnie zaczyna opowiadać...

Katy i Heroton po ślubie przenieśli się do Drozdowego Gniazda, rozpoczynając tam szczęśliwe życie. Hareton został sędzią, a wkrótce na świat przyszedł ich syn Rainton. Niedługo potem Katy znów spodziewała się dziecka. Wszystko zdawało się układać idealnie. Jednak nie do końca. W nowej pani Earnshaw zaczynała się budzić tęsknota za matką której nigdy nie znała, a także charakter Katarzyny. Pod wpływem licznych opowieści o duchach Katarzyny i Heathcliffa dziewczyna coraz więcej czasu spędzała na wrzosowiskach, a później nawet odwiedzała znienawidzone Wichrowe Wzgórza, oczekując od starego Józefa opowieści o matce, którą przecież znał od dzieciństwa. Spędzając wiele czasu w pokoju Katarzyny, Katy znajduje zapisane imię matki wraz z trzema nazwiskami – Earnhaw, Linton, Heathcliff. Dziewczyna uświadamia sobie, że to ona jest tym wszystkim. Piętno wszystkich trzech rodzin wyraźnie się na niej odciska, a Wichrowe Wzgórza stają się jej marzeniem. Zdaje jej się, że dopiero w domu matki osiągnie spokój.
Hareton zabrania żonie wycieczek do starego domu i postanawia go wynająć. Nowymi mieszkańcami zostają – Dorota Ibbitson, oraz jej syn Jack. Jak się wkrótce okazuje jest on... synem Heathcliffa. Dorota opowiada nam krótko jego dzieje, gdy na trzy lata zniknął z wrzosowisk. On nie wiedział, że ma drugiego syna, a Jack nie miał pojęcia, że jego prawdziwym ojcem nie jest pan Ibbitson.

Jak można się spodziewać, nie zwiastuje to niczego dobrego. Dorota wyznaje, że zdecydowała się na wynajem domu pod wpływem chęci zemsty na Earnshawach, którzy krzywdzili i poniżali jej ukochanego. Te emocje szybko udzielają się Jackowi, a Katy nie pozostaje obojętna na jego urok.
W powieści raz, po raz przeplatają się drogi Heathcliffa oraz Earnshawów. Tak jak w pierwowzorze, wciąż miesza się sobą miłość, nienawiść i chęć zemsty, a kolejne zatargi i urazy przechodzą na kolejne pokolenia...



Kiedy rozpoczęłam lekturę musiałam przyznać, że nie jest tak źle jak się spodziewałam. Na pewno dużym plusem jest utrzymanie formy książki, o czym już wspominałam na początku. Dzięki temu wszystko wydaje się bardziej spójne. Również do samego klimatu w zasadzie nie można mieć uwag. Dopiero pod koniec, kiedy opowieść momentami staje się ogólniejsza wszystko lekko się rozmywa, jednak przez większą część trzyma równy poziom. Przez to można powieść po prostu czytać, nie próbując jej ciągle oceniać. Jednak gdyby przyjrzeć się dokładniej... nagle odnaleziony syn i takie, a nie inne sploty zdarzeń powodują, że fabuła zaczyna wyglądać na nieco naciąganą. Trudno uwierzyć w tak długo trwającą walkę między dwoma rodami, zwłaszcza, gdy osoby, od których to wszystko się zaczęło już dawno nie żyją. Chociaż z drugiej strony, co by nie mówić, pasuje to do ich charakterów.


Jeżeli nie boicie się, że ta lektura zepsuje wasze wrażenie po „Wichrowych wzgórzach”, rozmyje klimat oryginalnych wrzosowisk, a bardzo chcecie poznać dalsze losy bohaterów ukochanej książki i dowiedzieć się kim jest Antoni Heathcliff oraz dlaczego Drozdowe Gniazdo stoi teraz opuszczone... powróćcie do Wichrowych Wzgórz w któreś deszczowe popołudnie.