czwartek, 26 listopada 2015

Tea Book Tag

Przyszedł czas, by i u mnie pojawił się TAG książkowy. Początkowo podchodziłam do tego bardzo sceptycznie i zdecydowanie nie planowałam takich „luźniejszych” postów na blogu, ale... Postanowiłam wyrobić w miarę jako taką regularność we wrzucaniu kolejnych tekstów, a aktualnie nie ma nic nowego dla Was i jestem zbyt wchłonięta przez studia, żeby znaleźć czas i siły na post wnoszący więcej do tematu, a nie będący recenzją, chociaż prędzej czy później chciałabym takie wprowadzić. Dlatego właśnie siłą rzeczy przychodzę dzisiaj z TEA BOOK TAG. Zapraszam ;)

Myślę, że większość wie o co chodzi, ale dla osób, które dotąd nie zaglądały na książkowe blogi i nie spotkały się z Tagami – podane są kategorie, do których dobierać będę książkę/książki pasujące tam idealnie moim zdaniem. Wybór należy krótko uzasadnić.
A więc, zaczynajmy...

1. HERBATA CZARNA – TWÓJ ULUBIONY KLASYK
Kategoria marzenie. Aż boję się, że nie nie będą umiała się ograniczyć...
Z całą pewnością... Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułchakowa. Książka, którą przeczytałam dwa razy (jak do tej pory i na pewno na tym się nie skończy). Mistrz... po prostu sam się czyta (o ile jest to tłumaczenie Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego), niesamowicie wciąga, a do tego nieustannie potrafi rozbawić tak samo, choć temat do zabawnych nie należy.
Co więcej? Lalka Bolesława Prusa i Potop Henryka Sienkiewicza – to były dwie książki dla których pierwszy raz zarwałam kawałek nocy i przy obu mam problem, by wskazać to coś, co sprawia, że je lubię. Po prostu lubię!
Wilk stepowy Hermana Hessa i Portret Doriana Graya Oscara Wilde'a – dwie niesamowite książki, które pokochałam od pierwszego wejrzenia. Uwielbiam ich klimat! (zwłaszcza ten z Wilka...) Najprościej mówiąc – mają to coś.

2. HERBATA ZIELONA – KSIĄŻKA TAK NUDNA, ŻE PRZY JEJ CZYTANIU ZASYPIASZ
(Dlaczego zielona herbata do nudnej książki?! Nie rozumiem...)
Chyba nigdy mi się zdarzyło zasnąć nad książką tak żebym mogła zrzucić całą winę na nią – bo była za nudna.
Nie chciałabym tutaj wrzucać, żadnej klasyki, która jak wiadomo czasami ma to do siebie, że trudno przez nią przebrnąć bez względu na jej wartość i kunszt pisarza, dlatego myślałam i wymyśliłam – Wybór Nicolasa Sparksa. Książka, która tak naprawdę nie powinna być przeczytana – dobrnęłam do końca tylko dlatego, żeby zweryfikować przeczytane opinie. Klasyfikowanie jej tylko jako nudnej to za mało (z resztą... nie tylko jej...).

3. HERBATA CZERWONA PU-EHR – KSIĄŻKA, KTÓREJ BOHATEROWIE CIĄGLE SIĘ PRZEMIESZCZAJĄ
Od razu przychodzi mi do głowy Władca pierścieni J. R. R. Tolkiena, a zaraz potem siłą rzeczy Hobbit tego samego autora.
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o czymś innym, mniej „popularnym” – Bramy raju Jerzego Andrzejewskiego – powieść dość specyficzna i z pewnych względów trudna do przebrnięcia mimo krótkiej formy. Słynna książka w dwóch zdaniach.

4. HERBATA OOLONG – KSIĄŻKA, POŚWIĘCA SIĘ ZBYT MAŁO UWAGI
Pierwsze co mi przyszło do głowy to Zasypie wszystko, zawieje Włodzimierza Odojewskiego. Książka, która chyba nie jest zbyt często czysta przez tak zwanego zwykłego czytelnika i sama pewnie bym po nią nie sięgnęła/nie wiedziała o niej, gdyby nie studia. Jest to ostatnia część tak zwanej trylogii wołyńskiej. Odojewski zabiera nas w świat Wołynia targanego II Wojną Światową, ale też konfliktami miejscowymi. Wiem, że strumień świadomości może odstraszać, ale w innej formie ta powieść nie miałaby takiego wyrazu. Sposób napisania doskonale oddaje realia kresów wschodnich. I po kilkunastu stronach można się przyzwyczaić, a nawet polubić.

5. HERBATA BIAŁA – NIEZASŁUŻENIE POPULARNA
Nie chcę mówić o żadnych odcieniach ani innych tego typu sprawach, nie powiem o Sparksie, nie chcę się powtarzać... Problem chyba polega na tym, że rzadko sięgam po te książki popularne, aktualnie czytane przez wszystkich...
Wiem. Pewnie zostanę zaraz okrzyczana i nie wiadomo co jeszcze, ale... skoro wykładowcy od romantyzmu otwarcie mówili nam na zajęciach, że nie znoszą Mickiewicza(!), to ja mogę powiedzieć, że nie rozumiem fenomenu... Małego Księcia Antoine'a de Saint-Exupéry'ego. Prawda? Nie powiem, że to jest zła książka, bo tego po prostu powiedzieć nie można. Poszczególne zdania są trafione w punkt, sama wiele uwielbiam, ale... tak z osobna. W całości jakoś... nie czuję tego, nie umiem...

6. HERBATA YERBA MATE – KSIĄŻKA, PRZY KTÓREJ TRZEBA PRZEBRNĄĆ PRZEZ PIERWSZE ROZDZIAŁY, ABY AKCJA SIĘ ROZWINĘŁA
Zdecydowanie Imię róży Umberto Eco – po kilkudziesięciu stronach, kiedy rozwinie się akcja i nas zaciekawi, istnieje duże prawdopodobieństwo, że rozważania, przez które tak trudno było przebrnąć na samym początku, teraz stają się znośnie, bo chcemy wiedzieć co dalej.

7. HERBATA ZIOŁOWA – KSIĄŻKA, KTÓRĄ CZYTANO CI NA DOBRANOC, GDY BYŁEŚ MAŁY
Muminki Tove'a Jansona – najpierw była książka, a potem zrodziła się miłość do wersji animowanej, która trwa do dzisiaj.
No i na pewno niezastąpiony Kubuś Puchatek Alana Alexandra Milnego.

8. HERBATA OWOCOWA – TWOJA ULUBIONA LEKKA KSIĄŻKA
(Znowu nie rozumiem połączenia... – nie lubię owocowej herbaty! :D)
Lekka książka... Chciałabym wpisać Ty jesteś moje imię Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak ale czuję wewnętrzny sprzeciw dla nazwania tej książki lekką, dlatego chyba Alibi na szczęście Anny Ficner-Ogonowskiej, chociaż jak zwykle przy tego typu książkach mam swoje ale...

9. ICED TEA – KSIĄŻKA, KTÓRA ZMROZIŁA CI KREW W ŻYŁACH

I tu mam chyba największy problem, którego nie uda mi się rozwiązać. Horrorów nie czytam. Kryminałem, thrillerem nie pogardzę i mogłabym wymienić te, które naprawdę trzymają w napięciu i powodują, że nie można przerywać, trzeba skończyć, ale żeby mrożące krew w żyłach... Chyba nigdy nie bałam się czytając książkę? Chyba...  


niedziela, 22 listopada 2015

Cochise – „The sun also rises for unicorns”.

tytuł: The sun also rises for unicorns
zespół: Cochise
skład: wokal – Paweł Małaszyński, gitara – Wojtek Napora, bas  Radek Jasiński, perkusja – Czarek Mielko
wydawca: Metal mind productions
premiera: 2 października 2015r.

Dzisiaj chciałabym zaprosić Was w niezwykłą podróż muzyczną wraz z zespołem Cochise, przy dźwiękach ich najnowszej płyty „The sun also rises for unicorns”. Nie będzie to recenzja, bo być nie może. Nie jestem kompetentną osobą, żeby pisać o muzyce, bo nie mam o tym zielonego pojęcia. Mogę jedynie opowiedzieć o swoich odczuciach. Mogłabym powiedzieć coś więcej o tekstach, ale... chyba nie chcę w to za bardzo wchodzić i doszukiwać się „co autor miał na myśli”. Chociaż jak na moje oko byłoby w czym pogrzebać.

Zacznijmy więc od początku... Cochise to zespół pochodzący z Białegostoku. W jego skład wchodzą: Paweł, Wojtek, Radek i Czarek. Każdy z nich związany jest z muzyką około dwudziestu lat, a prócz tego każdy z nich pracuje zawodowo – powiedzmy, że w zupełnie innych branżach. Wspólnie grają mocną, konkretną muzykę o niebanalnych tekstach.

„The sun also rises for unicorns” to ich czwarta płyta po „Still alive” (2010r.), „Back to beginning” (2012r.) i „118” (2014r.). Piąta licząc demo „9” (2005r.).



„The sun...” to 13 utworów niekiedy kompletne od siebie różnych, ale świetnie ze sobą współgrających. Można usłyszeć dźwięki w taki czy inny sposób już znane, charakterystyczne dla zespołu, ale też zupełnie nowe jak w przypadku „Homeland” i „Falling” – takich ballad Cochise jeszcze nie miało!

Co warto wyróżnić w przypadku tej płyty? Co najbardziej zwróciło moją uwagę?
Na pewno trzeba zacząć od tytułowej piosenki „The sun also rises for unicors”. I ten jeden tytułowy wers sprawia, że cały utwór dostaje szczyptę pozytywnego wydźwięku. Chociaż... nie zawsze. Równie dobrze przy kolejnym odsłuchaniu może okazać się „wyciskaczem łez” (w pozytywnym znaczeniu!) – tak, miałam tak.

„Stupid love” – do tego utworu podeszłam z pewną rezerwą... spojrzałam na tytuł i pomyślałam – ale co to będzie? I po pierwszym przesłuchaniu sama nie wiedziałam czy mi się podoba, czy nie, ale później się wsłuchałam, wczytałam i na pewno jest to piosenka, którą mogę wymienić w najlepszej... trójce (chociaż to chyba za mało na ulubione piosenki) tej płyty. Co tutaj trzeba zaakcentować – wokal!

„The boy who lived before”... Chciałam teraz powiedzieć, że moja ulubiona, ale zaraz mi się pomyślało o „The sun...” i kolejnych i... no nie mogę :) Ale tutaj przyciąga całą moją uwagę i sprawia, że chcę jeszcze raz i jeszcze? Pomijając wokal i muzykę (świetne jak zawsze!) – tekst. Dobry, mądry, prawdziwy...

You don't know me but
tell me why
Generation needs sensation
Like I needed sun
(…)
Generation makes me sad
Generation falled

I jakoś podświadomie... czuję w tym tekście więcej jego autora niż w każdym innym. Chociaż może się mylę?

To, że reszta utworów nie została tutaj wymieniona z tytułu, nie oznacza, by w czymkolwiek ustępowały tym, o których krótko napisałam! Wszystkie są tak samo dobre! A w dodatku lepsze od poprzednich. Przy każdej kolejnej płycie Cochise myślę, że lepiej już nie można, a potem wychodzi kolejna i... okazuje się, że jednak można, a ja siedzę i słucham, słucham, słucham... W dodatku... gdy w końcu dotarło do mnie „The sun...”, odsłuchałam całość trzy razy w kółko i potem włączyłam inną płytę, innego zespołu. I prawie od razu wyłączyłam. Mniejsza z tym, co to było, ale wyraźnie doceniłam jedną rzecz – w Cochise nigdy nie ma się poczucia, że zespół gra sobie, a wokalista śpiewa sobie, a tekst jest jeszcze gdzieś obok. Tutaj WSZYSTKO współgra tworząc niesamowitą całość.

Na koniec nie sposób nie wspomnień o pięknym wydaniu tej płyty. Niesamowicie klimatycznym. I w końcu jest książeczka z tekstami! Zawsze były dostępne na stronie zespołu ale jednak zupełnie czymś innym jest włączyć płytę i usiąść z książeczką w ręce. Zupełnie inny odbiór.



Please don't waste your time



wtorek, 17 listopada 2015

Podsumowanie października + książkowe zakupy!

Minęła już połowa listopada, a ja dopiero przychodzę z podsumowaniem października...
Biorąc pod uwagę sprawy czysto blogowe to ostatni miesiąc wypada fatalnie. Prawie mnie tu nie było. Ale teraz wracam i naprawdę postaram się, żeby było w miarę regularnie.

A teraz przejdźmy do konkretów.
Na pierwszy ogień – książki przeczytane.
W tym miesiącu udało mi się przeczytać... sześć książek!
  1. Paweł Huelle – „Pierwsza miłość i inne opowiadania”
  2. Paweł Huelle – „Opowieści chłodnego morza”
  3. Paweł Huelle – „Castorp”

Troszkę ta lista wygląda monotematycznie, ale... szukam swojej inspiracji na pracę magisterską no i jakoś tak wyszło... Kilka recenzji powieści Huellego już się tutaj pojawiła i jak pewnie niektórzy przeczytali zachwycałam się tam praktycznie wszystkim. W przypadku opowiadań („Pierwsza Miłość...” i „Opowieści chłodnego morza”) trochę mój zapał ostygł, chociaż są bardzo w stylu Huellego i kilka z nich bardzo mi się podobało, to jednak czegoś mi zabrakło. Doszłam do wniosku, że ja chyba po prostu mam problem z samą formą opowiadania... Natomiast jeśli chodzi o „Castorpa” to już od dawna ta książka za mną chodziła – ze względu już na sam tytuł, który mówi wszystko. Huelle wykorzystał jedno stanie z „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna i opisał przyjazd Hansa Castorpa do Gdańska i jego pobyt w czasie studiów na politechnice. Zupełnie nieprawdopodobne jest dla mnie Huelle potrafi pracować językiem – jeśli ktoś czytał Manna i sięgnie po tę książkę od razu zauważy – zupełnie ten sam styl, przejął od Niemca wszystko co jest dla niego charakterystyczne.
Ostatnie trzy pozycje już tutaj omawiałam, więc zostały podlinkowane.
Po „Jane Eyre” sięgnęłam ze względu na zajęcia pod jakże intrygującą ostatnio nazwą „Zagadnienia płci kulturowej” i tylko dziękuję, że nie omawialiśmy jej dokładnie, tylko wspomnieliśmy przy okazji teorii do niej się odwołującej, bo te kilka zdań naprawdę potrafiła mnie... nie wiem już czy bardziej załamać czy zdenerwować. W każdym razie powieść naprawdę polecam!
„Kuba” to pozycja, którą od dawna planowałam, od dawna leżała u mnie na półce i w końcu doczekała się swojej kolei z czego bardzo się cieszę!
Mróz i „Kasacja” – w końcu! Wszyscy czytali, wszyscy się zachwycali, więc w końcu sięgnęłam. Jak ja się cieszę, że tym razem nie włączył mi się syndrom robienia na odwrót, niż wszyscy. Niedługo będziecie mogli przeczytać o moim drugim spotkaniu z Mrozem, czyli o „Zaginięciu”. (A „Ekspozycja” czeka tylko na wolną chwilę!)


To teraz czas na książkowe zakupy z poprzedniego miesiąca...
Miało tej części nie być, bo przecież obiecywałam, że niczego nie kupię. Niczego. Za dużo pieniędzy wydaję. I co? I jak zwykle nic z tego nie wyszło.


  1. Emily Jane Bronte – „Wichrowe wzgórza” . Od dawna już kusiła mnie ta książka, a cena w Świecie książki skusiła ostatecznie.
  2. Remigiusz Mróz – „Kasacja”. Tutaj to z kolei wina Biedronki... I to potrójna nawet. Bo po przeczytaniu „Kasacji” zamówiłam...
  3. Remigiusz Mróz – „Zaginięcie”
  4. Remigiusz Mróz – „Ekspozycja”



Wniosek z tego miesiąca – nigdy nic nie obiecywać :)

sobota, 14 listopada 2015

Charlotte Brontë – „Dziwne losy Jane Eyre”

autor: Charlotte Brontë
tytuł: Dziwne losy Jane Eyre
wydanie: Świat Książki 1996
liczba stron: 493



„Jane Eyre” to XIX wieczna powieść Charlotte Brontë, jednej z trzech sióstr. Tak jak gdzieś już przeczytałam – nie mam pojęcia dlaczego polski tytuł został wzbogacony o „dziwne losy”. Może i nie jest to historia, która przytrafia się każdemu, ale też nie przesadzajmy.

Powieść w całości jest utrzymana w narracji pierwszoosobowej. Można ją ze względu na treść podzielić na dwie części.
W pierwszej narratorką jest dziesięcioletnia dziewczynka, Jane. Wprowadza w swoją historię – wychowuje się w domu ciotki, która zajęła się nią tylko ze względu na prośbę zmarłego męża. Kuzynostwo dokucza jej na każdym kroku, a winą za każdą awanturę zostaje obarczona Jane. Jedyna rodzina jaką ma widzi w niej tylko same najgorsze cechy. Ciotka w końcu pozbywa się dziewczynki z domu, wysyłając ją do szkoły o ostrym rygorze.
Po krótkim opisaniu jak wyglądały lekcje i w ogóle życie w placówce, przenosimy się o kilka lat dalej, kiedy Jane ma 18 lat i sama pracuje jako nauczycielka. Początkowo w szkole, którą ukończyła, by po jakimś czasie spróbować znaleźć posadę prywatną. Trafia do Thornfield, posiadłości Edwarda Rochestera, by zostać nauczycielką kilkuletniej Adelki.
Właściciel domu zdaje się być człowiek dość osobliwym, a w dodatku nie grzeszy urodą. Podobnie jak pan Rochester i jego dom jest inny niż wszystkie. Nie raz zdarzają się rzeczy zaskakujące i przerażające, które właściciel próbuje tłumaczyć dziewczynie jako skutek zachowania pani Poole, ekscentrycznej szwaczki. Jednak czy tak jest w rzeczywistości?

Na początku czytałam bardziej z przymusu i trudno było mi się wciągnąć w opowiadaną historię, jednak kiedy Jane trafia do domu pana Rochestera wszystko zaczęło się zmieniać, by niedługo później wciągnąć mnie zupełnie.

Jest to historia o przewrotności losu, który równie łatwo może nam wszystko zabrać, zniszczyć nasze plany, ale tak samo może nam dać więcej, niż kiedykolwiek się spodziewaliśmy. Jest to także opowieść o pięknej, chociaż trudnej miłości. Nie raz czytałam prawie ze łzami w oczach.
Naprawdę polecam!


środa, 11 listopada 2015

Remigiusz Mróz – „Kasacja”

autor: Remigiusz Mróz
tytuł: Kasacja
wydanie: Czwarta strona 2015
liczba stron: 496


Miałam ten tekst napisać już dawno, ale nastał okres: nie mogę napisać ani zdania, no i cóż... Dodatkowo świadomość, że już tyle o Mrozie napisano i niejedną recenzję przeczytałam wcale nie ułatwia. A teraz dołożyłam sobie jeszcze sama i... przeczytałam „Zaginięcie”. I jak ja mam teraz zapomnieć, że to czytałam i wrócić do „Kasacji”?! No jak?

Spróbujmy...

„Kasacja” była takim moim małym powrotem do kryminałów, a jednocześnie pierwszą książką Remigiusza Mroza jaką przeczytałam. Praktycznie na każdym książkowym blogu można przeczytać zachwyty odnośnie twórczości tego autora, więc w końcu sięgnęłam i ja. Przeczytałam i nie rozczarowałam się.



Fabuła „Kasacji” skupia się wokół dwójki prawników: Kordiana Oryńskiego, który świeżo po studiach jako aplikant dołącza do prestiżowej kancelarii Żelazny&McVay, oraz Joanny Chyłki, jego patronki, doświadczonej i zdeterminowanej, by wygrać każdą sprawę. Kordian vel Zordon nie ma przed sobą prostego zadania – musi odnaleźć się w środowisku, które bardziej przypomina ogromną korporację niż kancelarię prawną, czego z całą pewnością nie ułatwia specyficzna patronka i sprawa z artykułu 148 (czyt. zabójstwo). Jednak mimo zupełnej odmienności charakterów i upodobań postaci Zordona i Chyłki świetnie ze sobą współgrają, tworząc duet, którego po prostu nie można nie uwielbiać.

Oskarżonym, którego sprawę prawnicy prowadzą jest Piotr Langer. Oskarżony o morderstwo dwóch osób – miał ich najpierw brutalnie zamordować, a później spędzić z ich ciałami 10 dni w jednym mieszkaniu. Jednak czy było tak naprawdę? Tego nie wie nikt. Ani Chyłka z Zordonem, ani czytelnik. A sam Langer nie ma zamiaru powiedzieć na temat ani słowa.
Jedyne co jest pewna to, to, że nic tutaj najprawdopodobniej nie będzie oczywiste. Raz po raz następują zwroty akcji, zdające się pozornie coś rozjaśniać, tylko że... zakończeniem i tak Mróz zaskoczy każdego.

„Kasacja” jest napisana prosto i lekko. Niesamowicie wciąga i gdyby nie studia najpewniej przeczytałabym ją szybciej niż tamte kilka dni. Kilka dni, które z chęcią bym powtórzyła.


„Kasacja” Mroza to naprawdę dobra rozrywka, która pozwoli zupełnie zapomnieć i otaczających nas sprawach i wciągnie w świat kancelarii prawnej, sal sądowych i intryg, które pojawiają się tam, gdzie się ich nie spodziewamy. Tym, którzy jeszcze nie mieli okazji poznać twórczości Mroza bardzo, bardzo polecam! Na pewno się nie zawiedziecie i tak jak ja nie będziecie mogli doczekać się, by sięgnąć po kolejny tom, a gdy skończycie „Zaginięcie”, by w końcu pojawił się jeszcze kolejny...