środa, 30 września 2015

Książkowe zakupy! + podsumowanie września

Z końcem sierpnia obiecywałam sobie, że nic kupować nie będę, bo przecież tyle nieprzeczytanych leży... Ale jednak dwie książki przybyły. Tata chciał mi coś kupić, więc przecież nie mogłam odmówić, prawda?



1. Paweł Huelle - Mercedes benz  ta książka została już przeczytana, i recenzję znajdziecie TUTAJ
2. Ignacy Karpowicz - Sońka  o Karpowiczu dużo słyszałam, a i o Sońce przeczytałam mnóstwo zachwytów, więc w końcu musiała znaleźć się u mnie. Mam nadzieję, że się nie zawiodę.


Natomiast jeśli chodzi o książki przeczytane...
We wrześniu było ich 6. Recenzje czterech z nich pojawiły się na blogi i ich tytuły podlinkuję.

1. Stanisław Dygat  Dworzec Monachium  niewielka książeczka, nawiązująca Jeziora Bodeńskiego (powiedziałabym, że w pewien sposób kontynuacja, ale boję się, bo nie do końca pamiętam już jak to wszystko było w Jeziorze...). Dworzec w Monachium opowiada o mężczyźnie wspominającym kolejne sytuacje ze swojego życia - od czasu przed II Wojną Światową, do życia w PRL'u, a punktem wyjściowym każdego wspomnienia, jest właśnie dworzec w Monachium. Podobało mi się, kilka fragmentów zostało zaznaczonych :)
2. Philippa Gregory – Żona oficera
3. Paweł Huelle  Mercedes-benz. Z listów do Hrabala
4. Cecelia Ahern  Love, Rosie
5. Edward Rutherfurd  Paryż
6. Anna Ficner-Ogonorwska  „Szczęście w cichą noc” – ostatnia, czwarta część cyklu tej autorki. Jest to tom króciutki, który w zasadzie nie zawiera zbyt rozbudowanej fabuły. W zamian zabiera się w mroźny i śnieżny grudzień, byśmy uczestniczyli we wszystkich planach dotyczących pierwszych wspólnych świąt Hanki i Mikołaja i poczuli ich magię. Myślę, że może niedługo powiem coś więcej?

Wrzesień w ogólnym rozrachunku na duży plus – dobry, klasyczny Dygat, kolejne fascynujące spotkanie z Huellem, miłość ogromna do "Paryża", udany czas z Rosie i czarujące chwile w cichą nos. Plus jedno małe rozczarowanie... W dodatku 6 to u mnie dużo! 


Kolejny miesiąc na pewno bez zakupów. Na pewno. Obiecuję? I pewnie z nieco mniejszą ilością książek i prawdopodobnie nieco innych. Na studia czas powrócić :)

poniedziałek, 28 września 2015

Edward Rutherfurd – „Paryż”

autor: Edward Rutherfurd
tytuł: Paryż
wydanie: Czarna Owca 2014
liczba stron: 943




„Paryż” Edwarda Rutherfurda to książka, która niektórych może odstraszać swoją objętością. Jednak jest to jednocześnie książka, po której skończeniu chce się powiedzieć: „Ale jak to? Ja chcę więcej! I co ja mam teraz ze sobą zrobić?”

Stary Paryż można jednak wciąż znaleźć za rogiem każdej ulicy, z jego wspomnieniami o dawnych wiekach i niegdysiejszych lokatorach. Wspomnieniami równie uporczywymi jak na wpół zapomniana melodia, która wraca, gdy ją znowu zagrać – w innym stuleciu, w innej tonacji, na innym instrumencie – ale wciąż ta sama. Oto odwieczny czar Paryża.

Tak autor przedstawia miasto, które staje się głównym bohaterem jego powieści. Miasto którego dzieje, zarówno te bardziej aktualne, jak i te bardziej odległe, zostają przedstawione przy użyciu bohaterów – tych fikcyjnych i tych historycznych, jak na przykład Król Słońce, Ernest Hemingway, Monet, którzy nie jednokrotnie pojawiają się na drodze postaci wymyślonych przez pisarza.

Historia miasta nie raz targanego wojnami i rewolucją, przekształcanego z monarchii w republikę, później w cesarstwo zostaje przedstawiona przez autora w konkretnych wydarzeniach, w których biorą udział bohaterowie, jak na przykład budowa wieży Eiffla, dosyć szczegółowo opisana II Wojna Światowa i wiele więcej... a także przez poglądy bohaterów. Bohaterów dzięki, którym możemy poznać miasto miłości praktycznie z każdej strony. I dosłownie i jako spojrzenie każdej klasy. Pisarz snuje swoją opowieść w oparciu o losy 6 rodów: Le Sourdów, których jednym z przodków był król złodziei, a ostatnie pokolenia są przedstawicielami francuskich komunistów, arystokratycznej rodziny de Cygne'ów, Renardów – wyznawców prostentantyzmu, Blanchardów – rodziny mieszczańskiej, przede wszystkich prowadzącej własny interes, Gasconów – biednej, prostej rodziny i żydowskiej rodziny Jacobów. Losy przedstawicieli poszczególnych rodzin nie raz mieszają się w dziejach miasta na skutek miłości, interesów i zdarzeń bardziej dramatycznych.

„Paryż” jest powieścią niesamowitą. Hipnotyzuje od pierwszej strony, od pierwszych zdań. Podchodziłam do niej z ogromnymi oczekiwaniami i nie zawiodłam się. Jest naprawdę genialne. Nie sposób ukrywać, że najbardziej zapadły mi w pamięć i w serce fragmenty opowiadające o budowie wieży monsieure Aiffela, sceny, w których pojawiał się Hemingway, Monet... momenty, w których niejednokrotnie wspominani byli pisarze, malarze...

(…) Zastanawiam się, jaki jest prawdziwy Paryż?
Heminway nachylił się i dolał jej wina.
Może to zależy od tego, kto patrzy – odparł. – Paryż zawsze szczycił się tym, że jest centrum kulturalnym, już od czasów, gdy powstał tu uniwersytet. Teraz ściągają tu ludzie z całego świata. Jest więc nieco bardziej międzynarodową wersją tego, czym chciał być od wieków. Miasto to wielki organizm. Może mieć jednocześnie mnóstwo wcieleń. Nie wiemy, historia zapamięta ostatnich francuskich prezydentów, ale z całą pewnością nie zapomni impresjonistów, Bellets Russes, Strawińskiego, Picassa. Czym więc będzie Paryż? Wspomnieniem o wszystkich tych wspaniałych postaciach. Pamiętamy Napoleona, który był Korsykaninem, Eiffela, który pochodził z Alzacji, większość z nas wie, także, że mieszkał tu Benjamin Franklin. Tym właśnie jest Paryż. – Hemingway uśmiechnął się pod nosem. – Stał się miastem międzynarodowym, więc należy do nas wszystkich. Do całego świata.

Nie można też przemilczeć wizualnych aspektów wydania tej powieści. Piękna obwoluta i kryjąca się pod nią jeszcze piękniejsza czarno-biała okładka, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Później otworzyłam i zakochałam się jeszcze bardziej. Wklejki z przodu i z tyłu zadrukowane zostały mapami Paryża. Przód to miasto dawniej, tył miasto dziś. Daje nam to możliwość wędrowania uliczkami Paryża razem z bohaterami, z czego notorycznie korzystałam, przewracając książkę wte i we wte. Kilka stron dalej dostajemy załączone proste drzewa genealogiczne wszystkich rodów. Dzięki temu z pewnością nie zgubimy się w śledzeniu losów kolejnych postaci, zwłaszcza gdy zostajemy przerzuceni na przykład z roku 1883 w rok 1261. Tych dwóch stron książki nie przeglądałam zbyt uważnie przed lekturą, w odróżnieniu od mapek, i radzę sięgać do nich w miarę pochłaniania kolejnych stron, by nie odbierać sobie zaskoczenia niektórymi powiązaniami, koligacjami...




Z całego serca wszystkim polecam! Mam nadzieję, że zakochacie się w „Paryżu” tak samo jak ja.  

środa, 23 września 2015

Paweł Huelle –„Mercedes-benz. Z listów do Hrabala”

Dzisiaj kolejna książka Pawła Huellego. Kolejna świetna książka, która zabiera nas w świat opowiadań snutych przez głównego bohatera.

autor: Paweł Huelle
tytuł: Mercedes-benz. Z listów do Hrabala
wydanie: Znak 2014
liczba stron: 142


fot. gulinka


Jak można domyślać się po tytule powieści, ważny jej elementem są samochody. Zarówno w samej akcji, jak i we wszystko powieściach, pozostają gdzieś w tle. Ale zupełnie niech nie boją się ci, którzy stronią od motoryzacji.
Głównym bohaterem jest mężczyzna. Pisarz. Paweł. Uczestniczy właśnie w kursie prawa jazdy i właśnie w samochodzie podczas, którejś jazdy rozpoczyna opowieść o swoich przodkach. O babci, która ledwo uszła z życiem ze spotkania swojego citroena i pociągu, o dziadku Karolu, który brał udział w gonitwach za lisem w wersji... samochodowo-balonowej... We wszystkich opowieściach nie brakuje humoru przez co bardzo szybko wciąga się nie panna Ciwle – instruktorka bohatera – oraz czytelnik.

Całość jak zwykle zapisana jest w pierwszej osobie, co znów o dziwo mi nie przeszkadza. I jak zwykle nie może być za prosto jeśli chodzi o warstwy czasowe. Nie można mieć wątpliwości, co do fragmentów wspomnieniowych, opowiadających o losach przodków bohatera. Jednak co z czasem kursu samochodowego? To też przeszłość. Troszkę nowsza, ale przeszłość. Czas teraźniejszy pojawia się dopiero w końcówce książki, gdzie podmiot przedstawia nam źródło jego decyzji o zapisaniu historii, którą właśnie przeczytaliśmy.

Powieść w całości adresowana jest do Bohumila Hrabala, czeskiego pisarza, który nie raz zostaje przywoływany przez podmiot i postawiony w roli słuchacza.

Książkę zdecydowanie polecam. Ze względu na swoją objętość i brak przesycenia różnistymi elementami kulturalnymi (co niektórzy czytelnicy zarzucają „Śpiewaj ogrody”) może to być świetny początek spotkań z twórczością Pawła Huellego. Chociaż trzeba zaznaczyć, że forma zapisu może odstraszać, mniej wymagających czytelników. Otóż nie znajdziecie tutaj ani jednego akapitu. A kropki nie raz trzeba szukać przez kilka stron... :)
Powieść jest świetna, praktycznie wchłonęłam jednego dnia. A że jest to trzecia książka tego autora, którą przeczytałam, więc trzeba się jakość odnieść... Bardzo mi się podobało, jednak „Śpiewaj ogrody” na pewno nie przebije. Oj nie. „Mercedes-benz” spokojnie plasuje na drugim miejscu przed „Weiserem Dawidkiem”.

Na koniec trzeba jeszcze wrócić do samego bohatera. Jak już powiedziałam na początku, jest on pisarzem i ma na imię Paweł. Bez problemu może to zwrócić nasze myśli w kierunku autora. Dodatkowo w książce często pojawiają się zdjęcia babci i dziadka. A jedno zostało nawet podpisane – Ojciec Autora. W tym momencie pojawił u mnie wewnętrzny bunt. No jak to tak? Nie ulega wątpliwości, że można tutaj znaleźć wątki biograficzne, jak chociażby fascynacja twórczością Hrabala, to jednak nigdzie, nie znajdziemy sugestii, czy wypowiedzi Huellego mówiącego wprost, iż jest to jego historia. Jakkolwiek sama uwielbiam doszukiwać się w książkach związków z autorem, inspiracji i tak dalej, to jest studia wbiły mi skutecznie do głowy – nie wolno utożsamiać postaci z autorem!


(…) a ja pomyślałem sobie, kochany panie Bohumilu, że może to jest najlepsza nagroda dla pisarza, najwspanialsza zapłata, to właśnie, że w nieznanym mu mieście, tysiąc kilometrów na północ od Pragi, przy głównej ulicy, która kiedyś nazywała się Hauptallee, a potem Hindenburga, a potem Adolfa Hitlera, a potem Rokossowskiego, no a teraz nazywała się Grunwaldzką, jacyś faceci w średnim wieku przerzucają się fragmentami z jego książek, kłócą się o każdy przecinek i wymyślają sobie od idiotów, gdy któryś z nich popełni kardynalny błąd (...)



czwartek, 17 września 2015

Cecelia Ahern – „Love, Rosie”

W końcu i u mnie przyszła pora na „Love, Rosie”. Mnóstwo osób czytało i pewnie tak samo dużo pisało już o niej na swoim blogu, dlatego też prawdopodobnie nie powiem niczego odkrywczego, ale... zapraszam :)

autor: Cecelia Ahern
tytuł: Love, Rosie
tłumaczenie: Joanna Grabarek 
wydanie: Akurat 2015
liczba stron: 512




Powieść Cecelii Ahern opowiada o dwójce przyjaciół – Rosie i Alexie, którzy znają się już od wczesnego dzieciństwa. Ich przyjaźń przetrwała... dziesiątki lat. Tuż przed ukończeniem szkoły Alex musiał wyjechać z rodzicami do Bostonu. Jednak nawet dzielący oboje ocean, w ogólnym rozrachunku nie zmienił ich relacji. Zawsze byli gotowi wysłuchać tego drugiego i wspierać w trudnych momentach, których w życiu obojga nie zabrakło. Los wystawiał oboje na ciężkie i bolesne próby... każde z nich musiało przejść swoją długą drogę...

Kilka razy trzymałam już tę książkę w rękach, chodząc po księgarniach, ale za każdy razem patrzyłam na nią z taką samą rezerwą. Pomijając już fakt, że moje spotkania z książkami o takim charakterze, rzadko kończą się szczęśliwie, bałam się jej formy. Nie mamy tutaj do czynienia ze zwykłą formą powieści, lecz z przeróżnymi postaciami komunikacji elektronicznej, a także tej zwykłej, papierowej – dziecięce liściki, listy, maile, czat, sms'y... O rozwoju akcji dowiadujemy się tylko z rozmów między bohaterami, co o dziwo wcale mi nie przeszkadzało.

„Love, Rosie” naprawdę mi się podobało. Jest to ciepła powieść, która na przemian może wzruszać i bawić (choć u mnie łez nie było :) ). Historia Rosie i Alexa pokazuje nam, że mimo wielu przeciwności nie powinniśmy nigdy się poddawać. Zawsze warto walczyć do końca o spełnienie naszych marzeń i o miłość.
Jeżeli miałabym wskazać jakiś minus to zdecydowanie momenty pełne rozczarowania, gdy byłam pewna, że tak, to jest właśnie ten moment, teraz wszystko będzie dobrze... I nie było. Nie lubię prostych rozwiązań w takich historiach, ale jednak... liczyłam na dłuższy moment ogólnego szczęścia.

Polecam, szczególnie na zbliżające się długie jesienne wieczory. Na pewno nie pożałujecie czasu spędzonego z Rosie.  

czwartek, 10 września 2015

Philippa Gregory – „Żona oficera”

autor: Philippa Gregory
tytuł: Żona oficera
tłumaczenie: Urszula Gardner
wydanie: Publicat 
liczba storn: 503



Główną bohaterką powieści jest Lily Valance, a w zasadzie Lily Pears. Młoda, siedemnastoletnia dziewczyna, rozpoczynająca swoją karierę na scenie music-hallu, czyli raczej mało renomowanego kabaretu lat 20. Wychowana przez matkę, która poświęciła wszystko, by zagwarantować jej lekcje śpiewu, tańca, dykcji... Lily bardzo szybko odnosi sukcesy. Przestaje być jedną z chórzystek, by zacząć wykonywać numery solowe, a wszystko dzięki Charliemu, kierownikowi muzycznemu. Po jednym ze swoich występów Lily poznaje Stephena...

Stephen Winters z zawodu jest prawnikiem. Kilka lat wcześniej walczył w czasie I Wojny Światowej i tamte doświadczenia wciąż ciągną się za nim. Jednak nie są to tylko przeżycia z bitwy pod Ypres, z której wciąż pamięta zapach gazu. Oprócz szoku pourazowego, który nietrudno zauważyć wciąż męczą go koszmary, w których szczególne miejsce ma belgijskie gospodarstwo, zwana Małą Anglią i belgijka Juliette... Dodatkowo wciąż prześladuje go syndrom młodszego syna, tego mniej kochanego i mniej podziwianego. Szczególnie teraz, gdy rodzina ciągle nie może pogodzić się ze śmiercią Christophera na samym początku wojny. Stephen będąc pod wrażeniem pięknej Lily, nabiera przekonana, że właśnie ona pomoże mu o wszystkim zapomnieć...

Lily w końcu zostaje żoną Stephena, jednak małżeństwo nie przynosi szczęścia żadnemu z nich. Ani on, ani ona nie odnajdują spokoju u swojego boku, wręcz przeciwnie. Lily dodatkowo musi odnaleźć się w nowym otoczeniu. Rodzina Wintersów pochodzi z klasy średniej, a wyraźnie, szczególnie w postaci matki, pragnie uchodzić za sytuowaną jeszcze wyżej. W domu panuje zasada milczenia. Wszystko należy przemilczeć i pod żadnym względem nie wolno okazywać uczuć, bo to nie przystoi prawdziwej damie...

„Żona oficera” według notatki z tyłu książki miała być obrazem szalonych lat dwudziestych, a rodzina Wintersów miała dokonać bolesnego rozliczenia z przeszłością. Tymczasem... zupełnie nie takich lat dwudziestych się spodziewałam, do ich innego obrazu jestem przyzwyczajona? Może to wszystko dlatego, że to Anglia... Namiastkę tego, czego oczekiwałam dostałam w jednej, może w dwóch scenach i wcale nie mam tu na myśli kabaretu Lily... Z kolei jeśli chodzi o rozliczenia z przeszłością to dosyć trudno o tym mówić, gdy cały dom milczy, zwłaszcza jeśli o sprawach niewygodnych, a co więcej... sugeruje to milczenie innym...


Chyba już widać, że książka nie specjalnie przypadła mi do gustu? Czytało mi się naprawdę dobrze, styl pani Gregory jest zupełnie przyjazny, a postaci dobrze skonstruowane, tylko... to wszystko w całości było dla mnie potwornie irytujące. Dawno, a może nawet nigdy, nie straciłam nad książką tylu nerwów. Początkowo denerwowała mnie Lily swoją naiwnością, lekkomyślnością... Typowy lekkoduch. Oczywiście można to wszystko zrzucić na jej młody wiek i tak dalej, ale... bez przesady? Później jej pozycję zajęła matka Stephena i pozostała na niej do samego końca. Generalnie miałam poczucie, że calutki ich dom został włoży w tę rzeczywistość z zupełnie innych lat dwudziestych, takich... z poprzedniego wieku. I pewnie też to, wybór takiego środowiska, nadanie mu takiej a nie innej mentalności wpłynęło na ogólny obraz „szalonych” lat dwudziestych. Zwłaszcza, że... i niektóre postacie wchodząc w „ten świat” zdawały się mieć podobne odczucia do moich. 

wtorek, 8 września 2015

Magdalena Witkiewicz – „Opowieść niewiernej"

autor: Magdalena Witkiewicz
tytuł: Opowieść niewiernej
wydanie: Świat Książki 2014
liczba stron: 224

fot. gulinka


Zdrada zawsze była dla mnie czymś złym, haniebnym i obrzydliwym. Czymś, co rujnuje związek, zabija miłość, niszczy marzenia, daje ogromne poczucie niesmaku. Myślałam, że cudzołożnicy zawsze gorzko żałują swoich czynów, spuszczają oczy i gęsto się tłumaczą, pragnąc przebaczenia.

Tak rozpoczyna się Opowieść niewiernej. Większość z nas pewnie mogłaby podpisać się pod powyższym cytatem. A ilu z nas życie pokazało, że czasami wszystko układa się zupełnie inaczej i zaskoczyło nas samych... nami samymi?

Główną bohaterką powieści jest Ewa. Żona faceta, który zdawał się być idealnym kandydatem na męża. Zdawał, bo rzeczywistość szybko przestała być obrazem szczęścia. Ewa początkowo próbowała ratować małżeństwo, jednak nie przyniosło to żadnych efektów. W końcu w jej otoczeniu pojawiło się dwóch mężczyzn z jej przeszłości, a ona... zdradziła swojego męża.

Co zaskakujące nic z tego co właśnie powiedziałam nie jest spojlerem. Już na samym początku książki dowiadujemy się o zdradzie i w dalszych partiach narrator, czyli Ewa, stara nam się przedstawić kolejne zdarzenia począwszy od oświadczyn Maćka po zdradę i wydarzenia następujące później. Za spojler można by uznać chyba jedynie samo zakończenie, chociaż spojler przewidywalny.

Książka całkiem przyjemna i lekka do przeczytania spokojnie w jeden dzień, choć nie porywająca. Zdecydowanie przegrywa porównaniu z „Zamkiem z piasku” tej samem autorki. Temat mający spory potencjał na książkę bardzo emocjonalną i chociaż trochę psychologiczną, wydaje mi się lekko zmarnowany. Dodatkowo pierwsza osoba bardzo nachalna i w moim przypadku męcząca.

Osobom szukającym prostej i lekkiej opowieści, by odpocząć od cięższych pozycji polecam, tym bardziej wymagającym raczej niekoniecznie.  

środa, 2 września 2015

Paweł Huelle – „Śpiewaj ogrody”

autor: Paweł Huelle
tytuł: Śpiewaj ogrody
wydanie: Znak 2014
liczba stron: 320

„Śpiewaj ogrody” to moje drugie spotkanie z tym autorem Dopiero drugie, ale na pewno rozpoczynające miłość na długo.



Bohaterem powieści jest... no właśnie... Huelle nie podaje jego imienia, ani nie pozwala określić jego wieku w momencie w którym snuje swoją opowieść. Jednak czas „aktualny” w książce, co charakterystyczne dla tego pisarza, stanowi jej niewielką część. Fabuła przede wszystkim obejmuje opowieść bohatera realizowaną z punktu widzenia kilku... nastoletniego(?) chłopca (to tylko moje odczucie), a z której wyłania się kolejna warstwa utworu, a z niej... jeszcze kolejna...

Opowieść rozpoczyna się przeprowadzką do nowego domu. Jest to idealny moment do wspomnień. Wszystko rozpoczyna się od wspomnień ojca dotyczących jego przyjazdu do Gdańska po wojnie i przydziału mieszkaniowego w domu Niemki, Grety. Wszystko jest uzupełniane o komentarze podmiotu, czyli chłopca, by wkrótce on sam zaczął własną opowieść obejmując między innymi rok 1971. Chłopiec opowiada o swoich wizytach u Grety po wyprowadzce. Samotna kobieta opowiedziała mu życie swoje i swojego męża – Ernesta Teodora – niespełnionego muzyka, dokonującego zupełnie przez przypadek niesamowitego odkrycia, które wiele lat później decydująco wpłynie na los małżeństwa. Greta w swoich wspomnieniach przedstawia nam obraz Wolnego Miasta Gdańsk sprzed wojny, opowiada o festiwalach wagnerowskich organizowanych w Zoppot (Sopocie), zarysowuje obraz wybuchającej wojny, a później komunizmu... Wszystko w jej opowieściach dzieje się w cieniu zdarzeń historycznych, sztuka miesza się z polityką. Jednak, jak już wspominałam, nie jest to ostatnia warstwa utworu. Stopniowo wyłaniają się dzieje domu, który Greta zamieszkuje, i który przez pewien czas był także domem chłopca i jego rodziny. Jest to historia mroczna, osadzona wokół życia pewnego Francuza...

Książka jest niesamowita. Dawno nie czytałam czegoś tak doskonałego. Huelle wytarza niesamowity nastrój, panujący przede wszystkim w opowieściach Grety, wracających do przeszłości, ale który też rozciąga się na pozostałe części książki. Nie sposób ukryć, że lubię takie powroty do przeszłości, zwłaszcza jeżeli gdzieś w tle przewijają się zdarzenia, które potrafię umiejscowić (czyt. tutaj II Wojna Światowa, rok 1970...), a dodatkowo pojawiają się wątki związane ze sztuką... Więcej mi nie trzeba.
Dodatkowo czarujący sposób pisania Heullego. Co przede wszystkim doceniłam sięgając po kolejną książkę, która pisana w pierwszej osobie, w sposób bardzo... dominujący i nachalny uświadomiła mi, że przecież „Śpiewaj ogrody” też było pisane w pierwszej osobie... Dopiero wtedy zdałam sobie z tego sprawę, a przecież tak bardzo nie lubię takiej formy i strasznie mnie ona męczy. Bez wątpienia jest to forma bardzo wymagająca, a pan Huelle zdecydowanie doskonale z nią sobie radzi.




Nie umiem się wysłowić jak bardzo jestem zachwycona i oczarowana, więc po prostu... Przeczytajcie!