sobota, 24 września 2016

Paula McLain – „Paryska żona”

Powszechnie wiadomo, że kocham lata 20 i Paryż. A jeśli jeszcze do tego pojawiają się prawdziwi artyści to nie może być lepiej. „Paryska żona” teoretycznie to wszystko posiada. Czy było tak doskonale?



„Paryska żona” Pauli McLain to opowieść o Hadley Richardson. Dwudziestokilkuletnia dziewczyna po ciężkim dzieciństwie i dość trudnej wczesnej młodości odwiedza swoich przyjaciół w Chicago. Poznaje tam 8 lat młodszego chłopaka, marzącego o wielkiej karierze pisarza, Ernesta Hemingwaya.

– A co masz zamiar robić?
– Zmienić bieg historii literatury, jak sądzę.

To właśnie Hadley jest w tej książce narratorem. Z jej punktu widzenia poznajemy losy małżeństwa z Hemingwayem. Małżeństwa niejednokrotnie trudnego ze względu na charakter Ernesta, jego pracę, przeszłość... Ale mimo wszystko pełnego miłości. Miłości obustronnej.

Hadley całkowicie oddała się Ernestowi. Rozpoczęło się od wyjazdu do Europy, do Paryża, który był wówczas światową stolicą artystów, pisarzy. Później życie obojga skupiało się na tym, by Hemingwaye mógł pisać. Z trudem wiązali koniec z końcem i niejednokrotnie wizualnie nie pasowali do paryskiej bohemy. Ale to wszystko tak naprawdę nie było dla nich żadną przeszkodą. Trudno wyrazić to opisem, ale ta powieść jest po prostu przesiąknięta ich miłością.
Według notatki z tyłu książki Ernest miał powiedzieć, że „wolałby umrzeć, niż zakochać się w kimś innym niż Hadley”. Spotkałam się gdzieś również wersją, że wolałby nie mieć żadnej innej kobiety, jeśliby to Hadley nie była jego pierwszą żoną.

„Paryska żona” jest również polecana jako powieść w klimacie „O północy w Paryżu” Woody'ego Allena. No nie jestem tego wcale taka pewna. Spodziewałam się czegoś znacznie bardziej... paryskiego? Co prawda jest miasto lat dwudziestych, są artyści – Ezra Pound, Fitzgerald... Jednak ich zagęszczenie na metr kwadratowy jest zbyt małe.
Paula McLain doskonale oddała uczucia łączące Hadley i Ernesta, świetnie przedstawiła osobowość pisarza, jednak z klimatem tamtych czasów to samo się nie udało.

Jest to powieść z całą pewnością godna polecenia. Chociaż dla mnie zabrakło nieco lat dwudziestych i klimatu bohemy, to jednak z czystym sumieniem, mówię, że jest to książka bardzo dobra. Jeśli szukacie książki o miłości, trochę innej niż reszta współczesnych powieści opartych na podobnych schematach i nie przeszkadza wam wolniejsza akcja i to, że przecież wszyscy wiemy jak to się skończy, to z pewnością jest to książka dla was.


Wszyscy żyliśmy na krawędzi, buchała z nas młodość, nadzieja i fascynacja jazzem. Przed rokiem Olive Thomas wystąpiła w filmie „The Flapper” i to słowo nagle zaczęło się kojarzyć z jazzem. Dziewczyny zrzucały gorsety i skracały spódnice, zaczęły malować uta i oczy. W roku 1921 młodość była wszystkim, ale to właśnie ogromnie mnie martwiło.

środa, 7 września 2016

Remigiusz Mróz – „Immunitet”

O MÓJ BOŻE! Tyle jestem w stanie powiedzieć po skończeniu „Immunitetu”. No ale spróbujmy wrócić do początku...



Czwarty tom serii z Chyłką skupia się wokół sprawy Sebastiana Sendala, najmłodszego w historii sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Znajomy Chyłki z czasów studenckich ma zostać oskarżony o zabójstwo. Adwokat od razu zgadza się zostać jego obrońcą i po raz pierwszy staje przed TK, który musi zadecydować o uchyleniu immunitetu. Sendal utrzymuje, że jest niewinny, a w mieście w którym dokonano morderstwa był tylko raz w życiu i bynajmniej nie w tamtych czasie. Prokuratura wydaje się być jednak pewna swego, a sprawa coraz bardziej się komplikuje. Szybko okazuje się też, że sędzia nie jest tak nieskazitelną osobą jak wszystkim się wydaje.
Sprawa jest naprawdę pogmatwana, pojawiają się nowe dowody, a dodatkowego niepokoju dodają czarne róże, które dostaje Joanna. W połowie książki byłam pewna, że na pewno mam rację i nie ma innego wyjścia. Taaaak, oczywiście, że nie miałam. Mróz jak zwykle w formie i wywodzi nas w pole.

Dla mnie jednak wątek sędzi Sendala dzieje się w tle, a na pierwszy plan wysuwa się Chyłka i Zordon. A wszystko dla tego, że całym sercem pokochałam tych bohaterów. Po prostu. A Mróz prowadzi ich genialnie. Ich relacja jest mistrzostwem.
Chyłka w tej części po pobycie w szpitalu trochę dochodzi do siebie i nie „tankuje procentów równie często, co amerykańskie SUV-y benzynę”. Choć czasem to nałóg bierze górę nad nią wbrew temu, że wydaje jej się, że nad wszystkim panuje. Wciąż też krok w krok idzie za nią jej przeszłość, a Żelazny nie ma zamiaru odpuścić jej obrony ojca, do której się nie do końca świadomie zobowiązała.
Oryński z kolei wciąż zastanawia się czy na pewno dobrą drogę wybrał dla siebie. Czy prawdziwe realia tego zawodu można połączyć z ideami i moralnością? Czy może powinien dokonać rewizji swojego życia i zdecydować się przyjąć pewne propozycje? Jednocześnie też staje się dużo bardziej zdecydowany jeśli chodzi o jego życie prywatne.

Ojciec Chyłki, który pojawił się w „Rewizji” tutaj znika gdzieś w tłumie i wiele osób jest z tego powodu niezadowolonych, ale jak inaczej miałoby być, skoro Joanna skutecznie przed tą częścią swojego życia wciąż ucieka? Ale jest to wątek, z którym prędzej czy później ona, a tym samym i my będziemy musieli się zmierzyć. Tymczasem i tak nie jest łatwo. I nie będzie.

Kiedy zaczęłam czytać „Immunitet”, wracając do dobrze znanego już świata warszawskich prawników, poczułam się jakbym wróciła do domu. Z każdą kolejną częścią coraz bardziej kocham ich klimat i dwójkę głównych bohaterów. Chociaż jak wiadomo, żadną książką nie da się dogodzić każdemu. Ja mogę wskazać tutaj jedną rzecz, a właściwie dwa fragmenty, które są praktycznie... takie same. Oryński nie miał pojęcia, dlaczego tak było – przynajmniej do poprzedniego wieczora. Wtedy z jej pijackiego memłania udało mu się wyłowić jasną deklarację, że nie ma zamiaru reprezentować Filipa Obertała, bo nie broni pedofilów. (str. 24) Nie miał pojęcia, o co został oskarżony Filip Obertał. Wiedział jedynie, że kiedy poinformował Chyłkę o tym co zrobiła, w pijackim przypływie szczerości oznajmiła mu, że pedofilów nie broni. (str. 91). Za to jednak autora winić nie można, bo jeśli cokolwiek pisaliśmy w życiu, wiemy, że taki rzeczy wtedy się nie widzi. Ani nawet później czytając własny tekst. Redaktor powinien wyłapywać takie rzeczy.

Ale wracając do pozytywów, które zdecydowanie dominują! Zakochałam się w dwóch pierwszych zdaniach. I w dwóch scenach. Jedna z nich to ostatnia. Genialnie całość została napisana. I jednocześnie Mróz postanowił zostawić nas w takim samym szoku jak po każdym zakończeniu tomów z Forstem. Jest tam TO jedno zdanie. Ostatnie zdanie dialogu. Wiem, że niektórym chodziło to po głowie od jakiegoś czasu, ale w moim przypadku to była ostatnia rzecz jakiej bym się spodziewała. Zupełnie nie mogę przestać myśleć o tym wszystkim. I chciałabym móc zapytać autora o jedną rzecz – co Pan z tym zrobi?!


Po takiej powieści jak „Immunitet” nie wiem jak doczekam pojawienia się w księgarniach kolejnego tomu. I co najbardziej znaczące, pierwszy raz nie mogę patrzeć na żadną inną książkę, bo ciągle w głowie siedzi mi ta jedna.  

sobota, 3 września 2016

Michał Zichlarz – „Kamil Glik. Liczy się charakter”

Kamil Glik – jeden z filarów naszej Reprezentacji. Podstawowy członek naszej pary stoperów. Po jednej z jego interwencji w obronie podczas Euro2016 w internecie komentowano, że tam gdzie nie jeden nie włoży nogi, on włoży głowę.


Glik urodził się w Jastrzębiu-Zdroju, górniczym mieście na Śląsku. Wychowywał się na osiedlu Przyjaźń – sympatycznym raczej jedynie z nazwy. Od samego początku ważne miejsce w jego życiu zajmował sport. Taki czy inny. Od pewnego momentu piłka nożna zajęła szczególne miejsce, a Kamil rozpoczął treningi w szkółce piłkarskiej w Wodzisławiu.

Jego kariera piłkarka różnie się plotła. Przez jakiś czas występował jako bramkarz, później pojawiła się roczna dyskwalifikacja, by w końcu zdecydował się przerwać naukę w liceum i spróbować wykorzystać swoją szansę w... samym Realu Madryt. Potem był powrót do Polski i gra w Piaście, występy w kadrze raz z większym powodzeniem i poparciem trenera, raz z mniejszym, by w końcu stał się pewnym zawodnikiem w wyjściowej jedenastce na najważniejsze mecze, a także by jego klubowa kariera rozwijała się we Włoszech. Jedni mówili, że jako zawodnik nie nadaje się do kry w kadrze, inni pokładali w nim nadzieje.
Grając w Torino szybko podbił serca włoskich kibiców, a w końcu także to właśnie jemu powierzono kapitańską opaskę. A co pomogło mu zyskaniu sympatii i wyjściu na czoło druży? Paradoksalnie – czerwone karki, które otrzymał.

Co pomogło Glikowi w zrobieniu kariery? Charakter. Do tego podejście do treningów, zawziętość, ambicja, krew, pot i łzy. Te cechy sprawiły, że jest piłkarzem tak wielkiego formatu. (str. 47)

Biografia „Kamil Glik. Liczy się charakter” autorstwa Michała Zichlarza to nie wywiad rzeka, to rozmowy z kolejnymi osobami znającymi Glika. To raczej relacja narratora z tych rozmów, w którego roli Zichlarz sprawdza się znakomicie. Nie znajdziemy tutaj suchego wyliczania kolejnych zdarzeń, ważnych dat z życia, kolejnych dokonań. To pełna historia, którą chce się czytać dalej i dalej. Co jakiś czas pojawiają się dodatkowo przytaczane wypowiedzi rodziny, trenerów, samego Kamila... a także artykuły z gazet i internetu. Z biografii wyłania się obraz człowieka, który zawsze walczył o siebie i ciężko pracował, by znaleźć w tym miejscu, w którym jest teraz.
Dodatkowo dostajemy tutaj również krótko zarysowaną historię początków miasta Jastrzębia, historię włoskiego klubu Torino, co tylko wzbogaca opowieść i pozwala nam lepiej poznać Kamila.

Co do Kamila Glika, to uosabia wszystko, co najlepsze w historii naszego klubu (Torino). (str. 171)

Była to druga biografia sportowca jaką przeczytałam (druga naszego reprezentanta) i chociaż to tamta pierwsza była dla mnie punktem obowiązkowym ze względu na osobę, ta jednak zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. Książkę czyta się świetnie i ze względu na styl autora, i to, jak wszystko zostało zbudowane.
Jest to zdecydowanie pozycja obowiązkowa każdego kibica naszej Reprezentacji! Polecam również tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę i powoli zaczynają czuć ten klimat. Nie zawiedziecie się!
Jeśli Kamil na dłużej zostałby w Torino, mógłby się stać ikoną klubu. (str. 188)