czwartek, 23 marca 2017

Remigiusz Mróz – „Inwigilacja”

Do kancelarii Żelazny & McVay zgłasza się małżeństwo, których syn wiele lat temu zaginął podczas wakacji w Egipcie. Teraz, po szesnastu latach, chłopak odnajduje się w polskim... areszcie. Został oskarżony o planowanie zamachu terrorystycznego. Fahad Al-Jassam, bo tak nazywa się zatrzymany mężczyzna, wyznaje islam i utrzymuje, że nie ma nic wspólnego ludźmi podającymi się za jego rodziców.


Obrony mężczyzny podejmuje się nie kto inny, tylko Joanna Chyłka. Upatruje w tej sprawie szansę na głośne zwycięstwo. Mogłaby zdobyć jeszcze lepszą opinię w świecie prawniczym. Chociaż równie dobrze mogłoby się to obrócić przeciwko niej. Sprawa nie będzie łatwa. Fahad nie chce współpracować ze swoimi obrońcami, a jego wyznanie tylko pogłębia powszechną niechęć. Kiedy Chyłka i Zordon (chyba nikt nie wyobrażał sobie, by Kordian nie pojawił się znów u boku Joanny) starają się ustalić w sprawie jak najwięcej, znaleźć jak najwięcej dowodów, orientują się, że... coś zdecydowanie jest nie w porządku. Coraz bardziej utwierdzają się w przekonaniu, że w całą sprawę są zamieszane służby, których praca w tym przypadku wzbudza uzasadnione wątpliwości.

Remigiusz Mróz jak zwykle doskonale wpisuje się swoją powieścią w aktualne zdarzenia, tematy, rządzące właśnie światem i polityką. Na sali sądowej staje muzułmanin, mający planować zamach na terenie Polski. Czy taki człowiek, miałby szansę na sprawiedliwy proces i realne zastosowanie zasady domniemania niewinności, czy raczej wszyscy od razu widzieliby dla niego miejsce w więzieniu z możliwie najsurowszym wyrokiem? A ponadto jak w sytuacji przewidywanego zagrożenia miałoby zachować się państwo? Czy władza mogłaby wszystko wytłumaczyć troską o obywateli? I czy za działania dla dobra ogółu, komuś nie przyjdzie zapłacić?

Inwigilacja” to już piąty tom serii z Chyłką – równie doskonały jak poprzednie. W moim odczuciu może nawet najlepszy (chociaż nie wiem, czy nie jest tak, że każda kolejna odsłona równie mocno chwyta mnie za serce i tak trzyma, dopóki nie pojawi się kolejna, a wtedy ulubienica się zmienia). Po kilku miesiącach pustki znów spotykamy parę naszych ulubionych prawników. Końcówka „Immunitetu” nie tylko postawiła przed Chyłką trudne wyzwanie, ale też wystawiła relację tej dwójki na dużą próbę.
Chyłka i Zordon wciąż są tacy jakimi ich poznawaliśmy przez poprzednie tomy – wciąż ich relacja jest pełna uszczypliwości, a praktycznie każda z pozoru zawodowa rozmowa kończy się osobistym przytykiem. Wciąż nie mogę przestać zachwycać się jak ich relacja jest doskonale przedstawiona. Z jednej strony tak bardzo niedopowiedziana w jakikolwiek sposób, a z drugiej przecież tak jednoznaczna. Odważę się nawet powiedzieć, że pod tym względem książka jest wręcz idealna.


Naprawdę gorąco polecam Wam najnowszą opowieść o dwójce najbardziej rozpoznawalnych prawników w kraju. W odróżnieniu od poprzedniego tomu, tutaj sprawa i prywatne losy prawników dla mnie świetnie współtworzą całość i oba te aspekty wypadają tak samo wciągająco! Jeśli do tej pory mieliście jakieś wątpliwości, to po lekturze „Inwigilacji” na pewno wpadniecie już po uszy. I nie będzie mogli doczekać się kolejnego tomu, bo to, co w zakończeniu serwuje nam autor... Prawdziwa karuzela emocjonalna. I chociaż... no chciałabym, żeby było inaczej, to jednak im bliżej było końca tym bardziej coś wisiało w powietrzu. (Chociaż przez większość książki spodziewałam się czegoś innego. Na szczęście dla fabuły i nie tylko – myliłam się :) )

środa, 8 marca 2017

Remigiusz Mróz – „Wotum nieufności”

Nie znam się na polityce jakoś wybitnie, ale zawsze kątem oka gdzieś śledzę to, co się aktualnie dzieje. W pewnym momencie życia nawet myślałam nad pójściem na politologię. A do tego od bardzo dawna wychodzę z założenia, że dobry kryminał (książka, serial, cokolwiek) po prostu powinien być w jakimś stopniu zaplątany w politykę. Dlatego Wotum nieufności Remigiusza Mroza było dla mnie absolutnym „must read” jak to się podobno mówi.

Notatka na okładce głosi „polskie House of cards”. Kilka osób już wyrażało swoje „ale” i mi również tutaj coś zgrzyta. Po pierwsze sugeruje jakoby House of cards miało być lepsze, po drugie, czy „nasze” książki zawsze muszą być postrzegane przez pryzmat tych zagranicznych? Zupełnie nie rozumiem tej tendencji.


Ale przejdźmy już do sedna sprawy.
Daria Seyda, marszałek sejmu, budzi się w motelu, a w pamięci ma lukę, obejmując kilka ostatnich godzin. Nie ma pojęcia jak się tam znalazła i dlaczego. Czy była sama, czy z kimś. Jednak kobieta spycha cała tę sprawę na dalszy plan, bo wzywają ją obowiązki państwowe. W kraju szykują się poważne zmiany, a ona musi teraz zająć się krótką i szybką kampanią prezydencką.
Głównym rywalem w walce o fotel prezydenta jest młody polityk prawicy – Patryk Hauer. Mężczyzna jest swego rodzaju celebrytą politycznym. Regularnie udziela się na portalach społecznościowych i chętnie robi sobie selfie z młodymi ludźmi. A w domu ma swój własny, prywatny sztab.
Darię i Patryka łączy jedno – wkrótce oboje dostrzegają, że to, co dzieje się wokół nich może być jakąś grubszą aferą, którą rząd skutecznie stara się zatuszować. Jedno zaangażuje się w wyjaśnianie wszystkich wątpliwości bardziej, drugie mniej, ale oboje odczują skutki politycznych machlojek.
Główni bohaterowie powieści są charakterystyczni dla tego autora. Każdy z nich ma jakąś cechę, która pozwoli go łatwo zidentyfikować spośród całego dorobku Mroza.
Oboje zostają już z góry podzieli na dobrych i złych, abo może chociaż lepszych i gorszych. Jednak to niczemu nie przeszkadza, bo nadal w swoim przypisaniu do konkretnej „kategorii” pozostają na pewien sposób niejednoznaczni. A i moja sympatia rozłożyła się, dla mnie, bardzo zaskakująco.



A jak wygląda tło stworzone dla tych bohaterów? Mróz zaprasza nas w świat sklejony z polskiej przeszłości, dość aktualnego stanu polityki za granicą i zupełnie autorskiej współczesnej sceny politycznej w kraju. Na początku książki dostajemy rozrysowaną sytuację na scenie politycznej, tak że nawet jeślibyśmy się gdzieś zgubili, to łatwo możemy zweryfikować o kogo chodzi i jakie ma poglądy.
Polityka tutaj, tak jak w tego typu książkach i tak jak w rzeczywistości nie jest zbyt czystym zajęciem. Można starać się być wiernym swoim zasadom i ideom, jednak prędzej czy później nadejdzie moment, kiedy stanie się to wręcz niemożliwe.
Jak daleko można się posunąć, by zyskać kosztem innych? Czy można zrobić wszystko, by zdobyć władzę? A co jeśli w efekcie będziemy mieli na rękach czyjąś krew?
Wotum nieufności zostało zbudowane na typowej dla Mroza sprawnej akcji i wysokim napięciu. Powieść szybko wciąga czytelnika, który z uwagą śledzi wszystkie polityczne machinacje, a konstrukcja spisku we władzy tylko podsyca jego ciekawość. Chociaż jednocześnie zdarzają też momenty dużo wolniejsze – moja ulubiona scena to ta, kiedy czas praktycznie staje w miejscu, a my poznajemy dość obszerne myśli kłębiące się w głowie bohatera. W rzeczywistości wszystko trwa zaledwie kilka/kilkanaście sekund.

Jestem bardzo zadowolona, że sięgnęłam po tę książkę i myślę, że wszystkim, którzy na co dzień nie unikają politycznych tematów jak ognia, spodoba się tak samo. Pierwsze, polskie political fiction wypadło bardzo dobrze! A apetyt na kolejną cześć tylko podsyca zakończenie, do jakich Remigiusz Mróz już nas przyzwyczaił – jak zwykle wszystko zmienia tylko jedno zdanie (chociaż ja już kilka zdań wcześniej byłam pewna, że to po prostu musi się stać). Niech czas mija jak najszybciej, bo w takiej niepewności nie można długo wytrzymać :)