czwartek, 31 grudnia 2015

Remigiusz Mróz – „Ekspozycja”

Nie wiem dlaczego po samych pozytywnych odczuciach po przeczytaniu „Kasacji” i „Zaginięcia” do tej książki podeszłam z jakąś... rezerwą? Kompletnie nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, ale... najważniejsze, że w ogólnym rozrachunku kolejna książka Mroza okazała się TAK dobra.



Akcja „Ekspozycji” rozpoczyna się w stolicy polskich Tatr, pod krzyżem na Giewoncie, gdzie odkryte zostają zwłoki mężczyzny, by później przetoczyć się przez Białoruś,
Ukrainę, Moskwę, aż do wschodniej Rosji i Kazachstanu, a z drugiej strony, by sięgnąć Stanów Zjednoczonych.

Bohaterem jest niepokorny komisarz Wiktor Forst – kobieciarz, nie stroniący swego czasu od alkoholu. Aktualnie jego znakiem rozpoznawczym stają się gumy cynamonowe, którymi stara się zastąpić papierosy. Forst nie patyczkuje się nawet z własnym szefem. Dla rozwiązania sprawy zrobi wszystko, zwłaszcza jeśli towarzyszy mu piękna dziennikarka Olga Szrebska. Razem decydują się w nieoficjalny sposób próbować dotrzeć do prawdy, co skutkuje poważnym zatargiem z prawem, a jednocześnie sprzyja nawiązaniu się między tą dwójką skomplikowanej relacji. Idąc po coraz bardziej zagmatwanych śladach, pakują się w końcu prosto w „paszczę lwa”, ryzykując własne życie, by na koniec... stanąć przed jeszcze cięższymi wyborami.

Akcja „Ekspozycji” pędzi na łeb, na szyję porywając nas ze sobą. Wątki rozwijają się ze strony na stronę i tak samo szybko pojawiają się kolejne dowody w sprawie, coraz większe komplikacje... Czytając nie sposób nie poddać się lekturze, nie przeżywać wszystkiego z bohaterami. Chociaż wcześniej widziałam kilka recenzji, to czytając zupełnie o tym zapomniałam. Zdałam sobie sprawę z tego, że to jest TA książka z tak wielu recenzji, dopiero przy ostatnich zdaniach. Pięciu zdaniach które powodują, że po zawrotnej akcji nagle wszystko staje w miejscu, a ja przez dobre kilkanaście minut wpatrywałam się w nie, próbując zrozumieć – ale jak?! I tak jakby długość mojego wpatrywania zwiększała szanse, że zobaczę tam w końcu coś innego ;D

Jednak „Ekspozycja” to nie tylko dobra rozrywka pozwalająca o wszystkim zapomnieć, ale też coś więcej. Mróz wraca do trudnych momentów historii i to w taki sposób, że my mimowolnie stajemy przed pytaniem – co ty byś zrobił będąc z Forstem na Ukrainie? Trochę dostałam w twarz. I dobrze. O to chodzi.



A kolejna część tej historii już 13 stycznia – „Przewieszenie”. Nie mogę się doczekać! I mam nadzieję, że znajdę kilka odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Chociaż mam wrażenie, że ja mam inne pytania niż inni. Jak zwykle :D  

czwartek, 3 grudnia 2015

Remigiusz Mróz - „Zaginięcie”

autor: Remigiusz Mróz
tytuł: Zaginięcie
wydanie: Czwarta strona 2015
liczba stron: 512

„Zaginięcie” Remigiusza Mroza to druga część cyklu rozpoczętego przez „Kasację”, drugie spotkanie z Zordonem i Chyłką.


Para adwokatów prowadzi wspólnie kolejną sprawę. Kilkuletnia dziewczynka zniknęła z domu, w czasy, gdy włączony był alarm i nie ma żadnego logicznego wytłumaczenia tego co się stało. Wszystko dzieje się w małej wiosce na Suwalszczyźnie, raz po raz przybierając coraz bardziej zaskakujący obrót.
Czy prawnicy mogą ufać rodzicom dziecka? Czy w sprawę zamieszane są osoby trzecie? I kto komu pomaga, z kim się kontaktuje? Żadnej odpowiedzi na to pytanie nie będziecie w stanie się domyślić. Najprawdopodobniej.

Główni bohaterowie coraz wyraźniej umacniają się na pozycji tych postaci, które lubić po prostu trzeba. Innego wyjścia nie ma. A ich relacja, chociaż Chyłka z pewnością od razu by mnie spiorunowała wzrokiem, nazwałabym tutaj... przyjaźnią? Jeszcze? Tak? Czy nie?... W każdym razie jest to duet niezastąpiony!

„Kasacja” podobała mi się bardzo, ale zostawiłam sobie jeszcze rezerwę. I tutaj ta rezerwa została wykorzystana w 100%. „Zaginięcie” dosłownie wchłonęłam. Akcja nieustannie trzyma w napięciu i nie pozwala, by oderwać się od niej myślami chociaż na moment.


Z niecierpliwością czekam już na kolejny tom. Chcę zdecydowanie jeeeszcze więcej! Jeszcze więcej Chyłki i jeszcze więcej Zordona! I najlepiej już teraz. Bo czekać praktycznie pół roku po takim zakończeniu? Jakże to tak?  

czwartek, 26 listopada 2015

Tea Book Tag

Przyszedł czas, by i u mnie pojawił się TAG książkowy. Początkowo podchodziłam do tego bardzo sceptycznie i zdecydowanie nie planowałam takich „luźniejszych” postów na blogu, ale... Postanowiłam wyrobić w miarę jako taką regularność we wrzucaniu kolejnych tekstów, a aktualnie nie ma nic nowego dla Was i jestem zbyt wchłonięta przez studia, żeby znaleźć czas i siły na post wnoszący więcej do tematu, a nie będący recenzją, chociaż prędzej czy później chciałabym takie wprowadzić. Dlatego właśnie siłą rzeczy przychodzę dzisiaj z TEA BOOK TAG. Zapraszam ;)

Myślę, że większość wie o co chodzi, ale dla osób, które dotąd nie zaglądały na książkowe blogi i nie spotkały się z Tagami – podane są kategorie, do których dobierać będę książkę/książki pasujące tam idealnie moim zdaniem. Wybór należy krótko uzasadnić.
A więc, zaczynajmy...

1. HERBATA CZARNA – TWÓJ ULUBIONY KLASYK
Kategoria marzenie. Aż boję się, że nie nie będą umiała się ograniczyć...
Z całą pewnością... Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułchakowa. Książka, którą przeczytałam dwa razy (jak do tej pory i na pewno na tym się nie skończy). Mistrz... po prostu sam się czyta (o ile jest to tłumaczenie Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego), niesamowicie wciąga, a do tego nieustannie potrafi rozbawić tak samo, choć temat do zabawnych nie należy.
Co więcej? Lalka Bolesława Prusa i Potop Henryka Sienkiewicza – to były dwie książki dla których pierwszy raz zarwałam kawałek nocy i przy obu mam problem, by wskazać to coś, co sprawia, że je lubię. Po prostu lubię!
Wilk stepowy Hermana Hessa i Portret Doriana Graya Oscara Wilde'a – dwie niesamowite książki, które pokochałam od pierwszego wejrzenia. Uwielbiam ich klimat! (zwłaszcza ten z Wilka...) Najprościej mówiąc – mają to coś.

2. HERBATA ZIELONA – KSIĄŻKA TAK NUDNA, ŻE PRZY JEJ CZYTANIU ZASYPIASZ
(Dlaczego zielona herbata do nudnej książki?! Nie rozumiem...)
Chyba nigdy mi się zdarzyło zasnąć nad książką tak żebym mogła zrzucić całą winę na nią – bo była za nudna.
Nie chciałabym tutaj wrzucać, żadnej klasyki, która jak wiadomo czasami ma to do siebie, że trudno przez nią przebrnąć bez względu na jej wartość i kunszt pisarza, dlatego myślałam i wymyśliłam – Wybór Nicolasa Sparksa. Książka, która tak naprawdę nie powinna być przeczytana – dobrnęłam do końca tylko dlatego, żeby zweryfikować przeczytane opinie. Klasyfikowanie jej tylko jako nudnej to za mało (z resztą... nie tylko jej...).

3. HERBATA CZERWONA PU-EHR – KSIĄŻKA, KTÓREJ BOHATEROWIE CIĄGLE SIĘ PRZEMIESZCZAJĄ
Od razu przychodzi mi do głowy Władca pierścieni J. R. R. Tolkiena, a zaraz potem siłą rzeczy Hobbit tego samego autora.
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o czymś innym, mniej „popularnym” – Bramy raju Jerzego Andrzejewskiego – powieść dość specyficzna i z pewnych względów trudna do przebrnięcia mimo krótkiej formy. Słynna książka w dwóch zdaniach.

4. HERBATA OOLONG – KSIĄŻKA, POŚWIĘCA SIĘ ZBYT MAŁO UWAGI
Pierwsze co mi przyszło do głowy to Zasypie wszystko, zawieje Włodzimierza Odojewskiego. Książka, która chyba nie jest zbyt często czysta przez tak zwanego zwykłego czytelnika i sama pewnie bym po nią nie sięgnęła/nie wiedziała o niej, gdyby nie studia. Jest to ostatnia część tak zwanej trylogii wołyńskiej. Odojewski zabiera nas w świat Wołynia targanego II Wojną Światową, ale też konfliktami miejscowymi. Wiem, że strumień świadomości może odstraszać, ale w innej formie ta powieść nie miałaby takiego wyrazu. Sposób napisania doskonale oddaje realia kresów wschodnich. I po kilkunastu stronach można się przyzwyczaić, a nawet polubić.

5. HERBATA BIAŁA – NIEZASŁUŻENIE POPULARNA
Nie chcę mówić o żadnych odcieniach ani innych tego typu sprawach, nie powiem o Sparksie, nie chcę się powtarzać... Problem chyba polega na tym, że rzadko sięgam po te książki popularne, aktualnie czytane przez wszystkich...
Wiem. Pewnie zostanę zaraz okrzyczana i nie wiadomo co jeszcze, ale... skoro wykładowcy od romantyzmu otwarcie mówili nam na zajęciach, że nie znoszą Mickiewicza(!), to ja mogę powiedzieć, że nie rozumiem fenomenu... Małego Księcia Antoine'a de Saint-Exupéry'ego. Prawda? Nie powiem, że to jest zła książka, bo tego po prostu powiedzieć nie można. Poszczególne zdania są trafione w punkt, sama wiele uwielbiam, ale... tak z osobna. W całości jakoś... nie czuję tego, nie umiem...

6. HERBATA YERBA MATE – KSIĄŻKA, PRZY KTÓREJ TRZEBA PRZEBRNĄĆ PRZEZ PIERWSZE ROZDZIAŁY, ABY AKCJA SIĘ ROZWINĘŁA
Zdecydowanie Imię róży Umberto Eco – po kilkudziesięciu stronach, kiedy rozwinie się akcja i nas zaciekawi, istnieje duże prawdopodobieństwo, że rozważania, przez które tak trudno było przebrnąć na samym początku, teraz stają się znośnie, bo chcemy wiedzieć co dalej.

7. HERBATA ZIOŁOWA – KSIĄŻKA, KTÓRĄ CZYTANO CI NA DOBRANOC, GDY BYŁEŚ MAŁY
Muminki Tove'a Jansona – najpierw była książka, a potem zrodziła się miłość do wersji animowanej, która trwa do dzisiaj.
No i na pewno niezastąpiony Kubuś Puchatek Alana Alexandra Milnego.

8. HERBATA OWOCOWA – TWOJA ULUBIONA LEKKA KSIĄŻKA
(Znowu nie rozumiem połączenia... – nie lubię owocowej herbaty! :D)
Lekka książka... Chciałabym wpisać Ty jesteś moje imię Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak ale czuję wewnętrzny sprzeciw dla nazwania tej książki lekką, dlatego chyba Alibi na szczęście Anny Ficner-Ogonowskiej, chociaż jak zwykle przy tego typu książkach mam swoje ale...

9. ICED TEA – KSIĄŻKA, KTÓRA ZMROZIŁA CI KREW W ŻYŁACH

I tu mam chyba największy problem, którego nie uda mi się rozwiązać. Horrorów nie czytam. Kryminałem, thrillerem nie pogardzę i mogłabym wymienić te, które naprawdę trzymają w napięciu i powodują, że nie można przerywać, trzeba skończyć, ale żeby mrożące krew w żyłach... Chyba nigdy nie bałam się czytając książkę? Chyba...  


niedziela, 22 listopada 2015

Cochise – „The sun also rises for unicorns”.

tytuł: The sun also rises for unicorns
zespół: Cochise
skład: wokal – Paweł Małaszyński, gitara – Wojtek Napora, bas  Radek Jasiński, perkusja – Czarek Mielko
wydawca: Metal mind productions
premiera: 2 października 2015r.

Dzisiaj chciałabym zaprosić Was w niezwykłą podróż muzyczną wraz z zespołem Cochise, przy dźwiękach ich najnowszej płyty „The sun also rises for unicorns”. Nie będzie to recenzja, bo być nie może. Nie jestem kompetentną osobą, żeby pisać o muzyce, bo nie mam o tym zielonego pojęcia. Mogę jedynie opowiedzieć o swoich odczuciach. Mogłabym powiedzieć coś więcej o tekstach, ale... chyba nie chcę w to za bardzo wchodzić i doszukiwać się „co autor miał na myśli”. Chociaż jak na moje oko byłoby w czym pogrzebać.

Zacznijmy więc od początku... Cochise to zespół pochodzący z Białegostoku. W jego skład wchodzą: Paweł, Wojtek, Radek i Czarek. Każdy z nich związany jest z muzyką około dwudziestu lat, a prócz tego każdy z nich pracuje zawodowo – powiedzmy, że w zupełnie innych branżach. Wspólnie grają mocną, konkretną muzykę o niebanalnych tekstach.

„The sun also rises for unicorns” to ich czwarta płyta po „Still alive” (2010r.), „Back to beginning” (2012r.) i „118” (2014r.). Piąta licząc demo „9” (2005r.).



„The sun...” to 13 utworów niekiedy kompletne od siebie różnych, ale świetnie ze sobą współgrających. Można usłyszeć dźwięki w taki czy inny sposób już znane, charakterystyczne dla zespołu, ale też zupełnie nowe jak w przypadku „Homeland” i „Falling” – takich ballad Cochise jeszcze nie miało!

Co warto wyróżnić w przypadku tej płyty? Co najbardziej zwróciło moją uwagę?
Na pewno trzeba zacząć od tytułowej piosenki „The sun also rises for unicors”. I ten jeden tytułowy wers sprawia, że cały utwór dostaje szczyptę pozytywnego wydźwięku. Chociaż... nie zawsze. Równie dobrze przy kolejnym odsłuchaniu może okazać się „wyciskaczem łez” (w pozytywnym znaczeniu!) – tak, miałam tak.

„Stupid love” – do tego utworu podeszłam z pewną rezerwą... spojrzałam na tytuł i pomyślałam – ale co to będzie? I po pierwszym przesłuchaniu sama nie wiedziałam czy mi się podoba, czy nie, ale później się wsłuchałam, wczytałam i na pewno jest to piosenka, którą mogę wymienić w najlepszej... trójce (chociaż to chyba za mało na ulubione piosenki) tej płyty. Co tutaj trzeba zaakcentować – wokal!

„The boy who lived before”... Chciałam teraz powiedzieć, że moja ulubiona, ale zaraz mi się pomyślało o „The sun...” i kolejnych i... no nie mogę :) Ale tutaj przyciąga całą moją uwagę i sprawia, że chcę jeszcze raz i jeszcze? Pomijając wokal i muzykę (świetne jak zawsze!) – tekst. Dobry, mądry, prawdziwy...

You don't know me but
tell me why
Generation needs sensation
Like I needed sun
(…)
Generation makes me sad
Generation falled

I jakoś podświadomie... czuję w tym tekście więcej jego autora niż w każdym innym. Chociaż może się mylę?

To, że reszta utworów nie została tutaj wymieniona z tytułu, nie oznacza, by w czymkolwiek ustępowały tym, o których krótko napisałam! Wszystkie są tak samo dobre! A w dodatku lepsze od poprzednich. Przy każdej kolejnej płycie Cochise myślę, że lepiej już nie można, a potem wychodzi kolejna i... okazuje się, że jednak można, a ja siedzę i słucham, słucham, słucham... W dodatku... gdy w końcu dotarło do mnie „The sun...”, odsłuchałam całość trzy razy w kółko i potem włączyłam inną płytę, innego zespołu. I prawie od razu wyłączyłam. Mniejsza z tym, co to było, ale wyraźnie doceniłam jedną rzecz – w Cochise nigdy nie ma się poczucia, że zespół gra sobie, a wokalista śpiewa sobie, a tekst jest jeszcze gdzieś obok. Tutaj WSZYSTKO współgra tworząc niesamowitą całość.

Na koniec nie sposób nie wspomnień o pięknym wydaniu tej płyty. Niesamowicie klimatycznym. I w końcu jest książeczka z tekstami! Zawsze były dostępne na stronie zespołu ale jednak zupełnie czymś innym jest włączyć płytę i usiąść z książeczką w ręce. Zupełnie inny odbiór.



Please don't waste your time



wtorek, 17 listopada 2015

Podsumowanie października + książkowe zakupy!

Minęła już połowa listopada, a ja dopiero przychodzę z podsumowaniem października...
Biorąc pod uwagę sprawy czysto blogowe to ostatni miesiąc wypada fatalnie. Prawie mnie tu nie było. Ale teraz wracam i naprawdę postaram się, żeby było w miarę regularnie.

A teraz przejdźmy do konkretów.
Na pierwszy ogień – książki przeczytane.
W tym miesiącu udało mi się przeczytać... sześć książek!
  1. Paweł Huelle – „Pierwsza miłość i inne opowiadania”
  2. Paweł Huelle – „Opowieści chłodnego morza”
  3. Paweł Huelle – „Castorp”

Troszkę ta lista wygląda monotematycznie, ale... szukam swojej inspiracji na pracę magisterską no i jakoś tak wyszło... Kilka recenzji powieści Huellego już się tutaj pojawiła i jak pewnie niektórzy przeczytali zachwycałam się tam praktycznie wszystkim. W przypadku opowiadań („Pierwsza Miłość...” i „Opowieści chłodnego morza”) trochę mój zapał ostygł, chociaż są bardzo w stylu Huellego i kilka z nich bardzo mi się podobało, to jednak czegoś mi zabrakło. Doszłam do wniosku, że ja chyba po prostu mam problem z samą formą opowiadania... Natomiast jeśli chodzi o „Castorpa” to już od dawna ta książka za mną chodziła – ze względu już na sam tytuł, który mówi wszystko. Huelle wykorzystał jedno stanie z „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna i opisał przyjazd Hansa Castorpa do Gdańska i jego pobyt w czasie studiów na politechnice. Zupełnie nieprawdopodobne jest dla mnie Huelle potrafi pracować językiem – jeśli ktoś czytał Manna i sięgnie po tę książkę od razu zauważy – zupełnie ten sam styl, przejął od Niemca wszystko co jest dla niego charakterystyczne.
Ostatnie trzy pozycje już tutaj omawiałam, więc zostały podlinkowane.
Po „Jane Eyre” sięgnęłam ze względu na zajęcia pod jakże intrygującą ostatnio nazwą „Zagadnienia płci kulturowej” i tylko dziękuję, że nie omawialiśmy jej dokładnie, tylko wspomnieliśmy przy okazji teorii do niej się odwołującej, bo te kilka zdań naprawdę potrafiła mnie... nie wiem już czy bardziej załamać czy zdenerwować. W każdym razie powieść naprawdę polecam!
„Kuba” to pozycja, którą od dawna planowałam, od dawna leżała u mnie na półce i w końcu doczekała się swojej kolei z czego bardzo się cieszę!
Mróz i „Kasacja” – w końcu! Wszyscy czytali, wszyscy się zachwycali, więc w końcu sięgnęłam. Jak ja się cieszę, że tym razem nie włączył mi się syndrom robienia na odwrót, niż wszyscy. Niedługo będziecie mogli przeczytać o moim drugim spotkaniu z Mrozem, czyli o „Zaginięciu”. (A „Ekspozycja” czeka tylko na wolną chwilę!)


To teraz czas na książkowe zakupy z poprzedniego miesiąca...
Miało tej części nie być, bo przecież obiecywałam, że niczego nie kupię. Niczego. Za dużo pieniędzy wydaję. I co? I jak zwykle nic z tego nie wyszło.


  1. Emily Jane Bronte – „Wichrowe wzgórza” . Od dawna już kusiła mnie ta książka, a cena w Świecie książki skusiła ostatecznie.
  2. Remigiusz Mróz – „Kasacja”. Tutaj to z kolei wina Biedronki... I to potrójna nawet. Bo po przeczytaniu „Kasacji” zamówiłam...
  3. Remigiusz Mróz – „Zaginięcie”
  4. Remigiusz Mróz – „Ekspozycja”



Wniosek z tego miesiąca – nigdy nic nie obiecywać :)

sobota, 14 listopada 2015

Charlotte Brontë – „Dziwne losy Jane Eyre”

autor: Charlotte Brontë
tytuł: Dziwne losy Jane Eyre
wydanie: Świat Książki 1996
liczba stron: 493



„Jane Eyre” to XIX wieczna powieść Charlotte Brontë, jednej z trzech sióstr. Tak jak gdzieś już przeczytałam – nie mam pojęcia dlaczego polski tytuł został wzbogacony o „dziwne losy”. Może i nie jest to historia, która przytrafia się każdemu, ale też nie przesadzajmy.

Powieść w całości jest utrzymana w narracji pierwszoosobowej. Można ją ze względu na treść podzielić na dwie części.
W pierwszej narratorką jest dziesięcioletnia dziewczynka, Jane. Wprowadza w swoją historię – wychowuje się w domu ciotki, która zajęła się nią tylko ze względu na prośbę zmarłego męża. Kuzynostwo dokucza jej na każdym kroku, a winą za każdą awanturę zostaje obarczona Jane. Jedyna rodzina jaką ma widzi w niej tylko same najgorsze cechy. Ciotka w końcu pozbywa się dziewczynki z domu, wysyłając ją do szkoły o ostrym rygorze.
Po krótkim opisaniu jak wyglądały lekcje i w ogóle życie w placówce, przenosimy się o kilka lat dalej, kiedy Jane ma 18 lat i sama pracuje jako nauczycielka. Początkowo w szkole, którą ukończyła, by po jakimś czasie spróbować znaleźć posadę prywatną. Trafia do Thornfield, posiadłości Edwarda Rochestera, by zostać nauczycielką kilkuletniej Adelki.
Właściciel domu zdaje się być człowiek dość osobliwym, a w dodatku nie grzeszy urodą. Podobnie jak pan Rochester i jego dom jest inny niż wszystkie. Nie raz zdarzają się rzeczy zaskakujące i przerażające, które właściciel próbuje tłumaczyć dziewczynie jako skutek zachowania pani Poole, ekscentrycznej szwaczki. Jednak czy tak jest w rzeczywistości?

Na początku czytałam bardziej z przymusu i trudno było mi się wciągnąć w opowiadaną historię, jednak kiedy Jane trafia do domu pana Rochestera wszystko zaczęło się zmieniać, by niedługo później wciągnąć mnie zupełnie.

Jest to historia o przewrotności losu, który równie łatwo może nam wszystko zabrać, zniszczyć nasze plany, ale tak samo może nam dać więcej, niż kiedykolwiek się spodziewaliśmy. Jest to także opowieść o pięknej, chociaż trudnej miłości. Nie raz czytałam prawie ze łzami w oczach.
Naprawdę polecam!


środa, 11 listopada 2015

Remigiusz Mróz – „Kasacja”

autor: Remigiusz Mróz
tytuł: Kasacja
wydanie: Czwarta strona 2015
liczba stron: 496


Miałam ten tekst napisać już dawno, ale nastał okres: nie mogę napisać ani zdania, no i cóż... Dodatkowo świadomość, że już tyle o Mrozie napisano i niejedną recenzję przeczytałam wcale nie ułatwia. A teraz dołożyłam sobie jeszcze sama i... przeczytałam „Zaginięcie”. I jak ja mam teraz zapomnieć, że to czytałam i wrócić do „Kasacji”?! No jak?

Spróbujmy...

„Kasacja” była takim moim małym powrotem do kryminałów, a jednocześnie pierwszą książką Remigiusza Mroza jaką przeczytałam. Praktycznie na każdym książkowym blogu można przeczytać zachwyty odnośnie twórczości tego autora, więc w końcu sięgnęłam i ja. Przeczytałam i nie rozczarowałam się.



Fabuła „Kasacji” skupia się wokół dwójki prawników: Kordiana Oryńskiego, który świeżo po studiach jako aplikant dołącza do prestiżowej kancelarii Żelazny&McVay, oraz Joanny Chyłki, jego patronki, doświadczonej i zdeterminowanej, by wygrać każdą sprawę. Kordian vel Zordon nie ma przed sobą prostego zadania – musi odnaleźć się w środowisku, które bardziej przypomina ogromną korporację niż kancelarię prawną, czego z całą pewnością nie ułatwia specyficzna patronka i sprawa z artykułu 148 (czyt. zabójstwo). Jednak mimo zupełnej odmienności charakterów i upodobań postaci Zordona i Chyłki świetnie ze sobą współgrają, tworząc duet, którego po prostu nie można nie uwielbiać.

Oskarżonym, którego sprawę prawnicy prowadzą jest Piotr Langer. Oskarżony o morderstwo dwóch osób – miał ich najpierw brutalnie zamordować, a później spędzić z ich ciałami 10 dni w jednym mieszkaniu. Jednak czy było tak naprawdę? Tego nie wie nikt. Ani Chyłka z Zordonem, ani czytelnik. A sam Langer nie ma zamiaru powiedzieć na temat ani słowa.
Jedyne co jest pewna to, to, że nic tutaj najprawdopodobniej nie będzie oczywiste. Raz po raz następują zwroty akcji, zdające się pozornie coś rozjaśniać, tylko że... zakończeniem i tak Mróz zaskoczy każdego.

„Kasacja” jest napisana prosto i lekko. Niesamowicie wciąga i gdyby nie studia najpewniej przeczytałabym ją szybciej niż tamte kilka dni. Kilka dni, które z chęcią bym powtórzyła.


„Kasacja” Mroza to naprawdę dobra rozrywka, która pozwoli zupełnie zapomnieć i otaczających nas sprawach i wciągnie w świat kancelarii prawnej, sal sądowych i intryg, które pojawiają się tam, gdzie się ich nie spodziewamy. Tym, którzy jeszcze nie mieli okazji poznać twórczości Mroza bardzo, bardzo polecam! Na pewno się nie zawiedziecie i tak jak ja nie będziecie mogli doczekać się, by sięgnąć po kolejny tom, a gdy skończycie „Zaginięcie”, by w końcu pojawił się jeszcze kolejny...

piątek, 16 października 2015

Jakub Błaszczykowski, Małgorzata Domagalik – „Kuba”

autor: Jakub Błaszczykowski, Małgorzata Domagalik
tytuł: Kuba
wydanie: Buchmann 2015
liczba stron: 364



Jakub Błaszczykowski. Tego pana chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Nawet tym, którzy sportem nie interesują się na co dzień. Piłkarz Wisły Kraków, reprezentant kraju, piłkarz Borussii Dortmund, kapitan reprezentacji...
Od dłuższego czasu Błaszczykowski był jednym z moich ulubionych sportowców, a w końcu ulubionym. Ale przede wszystkim jednak autorytetem w pewien sposób. Dlatego jego biografia musiała stać się u mnie punktem obowiązkowym.

„Kuba” to książka napisana wspólnie przez Błaszczykowskiego oraz Małgorzatę Domagalik, dziennikarkę, redaktor naczelną miesięcznika „Pani”. W tym momencie mogłyby się pojawić zarzuty zagorzałych fanów piłki nożnej, czy szeroko pojętego sportu – jak autorką biografii zawodnika, o którym mówi się, że należy do światowej czołówki, może być naczelna kobiecego czasopisma? Ale to wcale nie jest wadą tej pozycji.

„Kuba” to nie tyle biografia piłkarza, prawego obrońcy czołowego zespołu Bundesligi*, ale biografia człowieka. Człowieka, który już jako kilkuletni chłopiec grał w piłkę i, będąc niechętnym do pracy i nauki, zawsze powtarzał, że przecież on będzie grał. Człowieka, który z czwartej ligi trafił do składu ówczesnego mistrza Polski – Wisły Kraków, który spełnił swoje marzenia o opasce kapitana w reprezentacji, który zagrał w finale Ligi Mistrzów. Ale też człowieka, który by dotrzeć prawie na szczyt piłkarskich osiągnięć musiał przejść bardzo długą drogę. Musiał uporać się z doświadczeniami kilkuletniego Kubusia, które złamałyby niejednego dorosłego. Musiał uporać się w końcu z samym sobą.

Książka jest zbiorem wielu rozmów. Te prowadzone przez Domagalik i Błaszczykowskiego zdają się być jedynie komentarzem i uściśleniem kolejnym faktów, zdarzeń. Mówią o rzeczach, o których powiedzieć może tylko Kuba. Natomiast główną częścią są wypowiedzi innych, z których tak naprawdę wyłania się pełna postać Błaszczykowskiego. Możemy znaleźć wypowiedzi rodziny zawodnika: żony Agaty, babci Felicji, wujka Jurka (kapitana reprezentacji, która zdobyła srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie), brata Dawida... Jego przyjaciół od czasów dzieciństwa, a także tych z boiska zawodowego: Łukasza Piszcza, Matsa Hummelsa, Sebastiana Kehla... A także trenerów: Jürgena Kloppa, Franciszka Smudy, Waldemara Fornalika, Adama Nawałki...
Wszystko to jest doprawione tekstami polskich raperów, których Błaszczykowski słucha, oraz mnóstwem zdjęć.



Książka jest naprawdę warta polecenia i to nie tylko dla fanów Błaszczykowskiego, kibiców sportowych, ale wszystkich tych, którzy chcą przeczytać mądrą, wartościową historię o człowieku, który nigdy się nie poddaje.


This is a song about your ghost
This is a boy who lived before**


* Aktualne Kuba jest piłkarzem ACF Fiorentina
** Dwa wersy z mojej ostatnio ulubionej piosenki, które w wolnej interpretacji pasują również tutaj. Niech będą zapowiedzią jednego z kolejnych tekstów. 

piątek, 9 października 2015

Anna Ficner-Ogonowska – „Szczęście w cichą noc”

Miałam już ten tekst dawno wstawić, a przede wszystkim dawno napisać, ale ostatni tydzień... kręcił się zupełnie wokół innego tematu i trudno było mi skupić się na czymś innym. Dlatego bez zbędnego przedłużania, przejdźmy już do rzeczy...

autor: Anna Ficner-Ogonowska
tytuł: Szczęście w cichą noc
wydanie: Znak 2013
liczba stron: 174


Uwaga! Względem części wcześniejszych – będą spojlery!


„Szczęście w cichą noc” to czwarta, a zarazem ostatnia część cyklu Anny Ficner-Ogonowskiej. Jest to tom najkrótszy, będący wyraźnym zakończeniem historii Hanki.

Hania i Mikołaj są małżeństwem i oczekują dziecka... Zapraszają nas, razem z całą rodziną do domu, byśmy mogli uczestniczyć w planowaniu, wszystkich przygotowaniach, a w końcu i samej wigilii. Ta, trzecia już wigilia jaką możemy obserwować w całej serii, jest zupełnie inna od poprzednich. Jest pełna ciepła i miłości. Pojawiają się łzy ale są to wyłącznie łzy wzruszenia i szczęścia.
W kuchni panuje pani Irenka opowiadając świąteczne historie, dzięki czemu bez problemu możemy poczuć klimat świąt, nawet jeśli czytamy „Szczęście...” w zupełnie innym czasie; Hania wszystko planuje, Dominika zawsze stara się dodać swoje trzy grosze i wprowadzić własne rządy, a Mikołaj po prostu jest, kochając...

Jednocześnie, obok wszystkich przygotowań, odbywają się ostateczne rozliczenia z przeszłością, ze sprawami ciągle z niej powracającym. Sprawami, które chociaż nigdy nie mogą zostać zapomniane, to jednak mogą zostać oswojone i nie stawać więcej na drodze do szczęścia, które od jakiegoś czasu znów panuje w świecie Hanki.


Książka jest niesamowicie ciepła, przesycona wigilijną pozytywną energią. Może być świetnym pomysłem na jesienny, chłodny wieczór. Z całą pewnością chociaż na moment pozwoli wam zapomnieć o codziennych troskach. A jak się ma do pozostałych części cyklu? Chyba jednak nie zmienię zdania i kolejność tomów nadal będzie odpowiadała mojemu prywatnemu rankingowi ich... „dobroci”.  

środa, 30 września 2015

Książkowe zakupy! + podsumowanie września

Z końcem sierpnia obiecywałam sobie, że nic kupować nie będę, bo przecież tyle nieprzeczytanych leży... Ale jednak dwie książki przybyły. Tata chciał mi coś kupić, więc przecież nie mogłam odmówić, prawda?



1. Paweł Huelle - Mercedes benz  ta książka została już przeczytana, i recenzję znajdziecie TUTAJ
2. Ignacy Karpowicz - Sońka  o Karpowiczu dużo słyszałam, a i o Sońce przeczytałam mnóstwo zachwytów, więc w końcu musiała znaleźć się u mnie. Mam nadzieję, że się nie zawiodę.


Natomiast jeśli chodzi o książki przeczytane...
We wrześniu było ich 6. Recenzje czterech z nich pojawiły się na blogi i ich tytuły podlinkuję.

1. Stanisław Dygat  Dworzec Monachium  niewielka książeczka, nawiązująca Jeziora Bodeńskiego (powiedziałabym, że w pewien sposób kontynuacja, ale boję się, bo nie do końca pamiętam już jak to wszystko było w Jeziorze...). Dworzec w Monachium opowiada o mężczyźnie wspominającym kolejne sytuacje ze swojego życia - od czasu przed II Wojną Światową, do życia w PRL'u, a punktem wyjściowym każdego wspomnienia, jest właśnie dworzec w Monachium. Podobało mi się, kilka fragmentów zostało zaznaczonych :)
2. Philippa Gregory – Żona oficera
3. Paweł Huelle  Mercedes-benz. Z listów do Hrabala
4. Cecelia Ahern  Love, Rosie
5. Edward Rutherfurd  Paryż
6. Anna Ficner-Ogonorwska  „Szczęście w cichą noc” – ostatnia, czwarta część cyklu tej autorki. Jest to tom króciutki, który w zasadzie nie zawiera zbyt rozbudowanej fabuły. W zamian zabiera się w mroźny i śnieżny grudzień, byśmy uczestniczyli we wszystkich planach dotyczących pierwszych wspólnych świąt Hanki i Mikołaja i poczuli ich magię. Myślę, że może niedługo powiem coś więcej?

Wrzesień w ogólnym rozrachunku na duży plus – dobry, klasyczny Dygat, kolejne fascynujące spotkanie z Huellem, miłość ogromna do "Paryża", udany czas z Rosie i czarujące chwile w cichą nos. Plus jedno małe rozczarowanie... W dodatku 6 to u mnie dużo! 


Kolejny miesiąc na pewno bez zakupów. Na pewno. Obiecuję? I pewnie z nieco mniejszą ilością książek i prawdopodobnie nieco innych. Na studia czas powrócić :)

poniedziałek, 28 września 2015

Edward Rutherfurd – „Paryż”

autor: Edward Rutherfurd
tytuł: Paryż
wydanie: Czarna Owca 2014
liczba stron: 943




„Paryż” Edwarda Rutherfurda to książka, która niektórych może odstraszać swoją objętością. Jednak jest to jednocześnie książka, po której skończeniu chce się powiedzieć: „Ale jak to? Ja chcę więcej! I co ja mam teraz ze sobą zrobić?”

Stary Paryż można jednak wciąż znaleźć za rogiem każdej ulicy, z jego wspomnieniami o dawnych wiekach i niegdysiejszych lokatorach. Wspomnieniami równie uporczywymi jak na wpół zapomniana melodia, która wraca, gdy ją znowu zagrać – w innym stuleciu, w innej tonacji, na innym instrumencie – ale wciąż ta sama. Oto odwieczny czar Paryża.

Tak autor przedstawia miasto, które staje się głównym bohaterem jego powieści. Miasto którego dzieje, zarówno te bardziej aktualne, jak i te bardziej odległe, zostają przedstawione przy użyciu bohaterów – tych fikcyjnych i tych historycznych, jak na przykład Król Słońce, Ernest Hemingway, Monet, którzy nie jednokrotnie pojawiają się na drodze postaci wymyślonych przez pisarza.

Historia miasta nie raz targanego wojnami i rewolucją, przekształcanego z monarchii w republikę, później w cesarstwo zostaje przedstawiona przez autora w konkretnych wydarzeniach, w których biorą udział bohaterowie, jak na przykład budowa wieży Eiffla, dosyć szczegółowo opisana II Wojna Światowa i wiele więcej... a także przez poglądy bohaterów. Bohaterów dzięki, którym możemy poznać miasto miłości praktycznie z każdej strony. I dosłownie i jako spojrzenie każdej klasy. Pisarz snuje swoją opowieść w oparciu o losy 6 rodów: Le Sourdów, których jednym z przodków był król złodziei, a ostatnie pokolenia są przedstawicielami francuskich komunistów, arystokratycznej rodziny de Cygne'ów, Renardów – wyznawców prostentantyzmu, Blanchardów – rodziny mieszczańskiej, przede wszystkich prowadzącej własny interes, Gasconów – biednej, prostej rodziny i żydowskiej rodziny Jacobów. Losy przedstawicieli poszczególnych rodzin nie raz mieszają się w dziejach miasta na skutek miłości, interesów i zdarzeń bardziej dramatycznych.

„Paryż” jest powieścią niesamowitą. Hipnotyzuje od pierwszej strony, od pierwszych zdań. Podchodziłam do niej z ogromnymi oczekiwaniami i nie zawiodłam się. Jest naprawdę genialne. Nie sposób ukrywać, że najbardziej zapadły mi w pamięć i w serce fragmenty opowiadające o budowie wieży monsieure Aiffela, sceny, w których pojawiał się Hemingway, Monet... momenty, w których niejednokrotnie wspominani byli pisarze, malarze...

(…) Zastanawiam się, jaki jest prawdziwy Paryż?
Heminway nachylił się i dolał jej wina.
Może to zależy od tego, kto patrzy – odparł. – Paryż zawsze szczycił się tym, że jest centrum kulturalnym, już od czasów, gdy powstał tu uniwersytet. Teraz ściągają tu ludzie z całego świata. Jest więc nieco bardziej międzynarodową wersją tego, czym chciał być od wieków. Miasto to wielki organizm. Może mieć jednocześnie mnóstwo wcieleń. Nie wiemy, historia zapamięta ostatnich francuskich prezydentów, ale z całą pewnością nie zapomni impresjonistów, Bellets Russes, Strawińskiego, Picassa. Czym więc będzie Paryż? Wspomnieniem o wszystkich tych wspaniałych postaciach. Pamiętamy Napoleona, który był Korsykaninem, Eiffela, który pochodził z Alzacji, większość z nas wie, także, że mieszkał tu Benjamin Franklin. Tym właśnie jest Paryż. – Hemingway uśmiechnął się pod nosem. – Stał się miastem międzynarodowym, więc należy do nas wszystkich. Do całego świata.

Nie można też przemilczeć wizualnych aspektów wydania tej powieści. Piękna obwoluta i kryjąca się pod nią jeszcze piękniejsza czarno-biała okładka, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Później otworzyłam i zakochałam się jeszcze bardziej. Wklejki z przodu i z tyłu zadrukowane zostały mapami Paryża. Przód to miasto dawniej, tył miasto dziś. Daje nam to możliwość wędrowania uliczkami Paryża razem z bohaterami, z czego notorycznie korzystałam, przewracając książkę wte i we wte. Kilka stron dalej dostajemy załączone proste drzewa genealogiczne wszystkich rodów. Dzięki temu z pewnością nie zgubimy się w śledzeniu losów kolejnych postaci, zwłaszcza gdy zostajemy przerzuceni na przykład z roku 1883 w rok 1261. Tych dwóch stron książki nie przeglądałam zbyt uważnie przed lekturą, w odróżnieniu od mapek, i radzę sięgać do nich w miarę pochłaniania kolejnych stron, by nie odbierać sobie zaskoczenia niektórymi powiązaniami, koligacjami...




Z całego serca wszystkim polecam! Mam nadzieję, że zakochacie się w „Paryżu” tak samo jak ja.  

środa, 23 września 2015

Paweł Huelle –„Mercedes-benz. Z listów do Hrabala”

Dzisiaj kolejna książka Pawła Huellego. Kolejna świetna książka, która zabiera nas w świat opowiadań snutych przez głównego bohatera.

autor: Paweł Huelle
tytuł: Mercedes-benz. Z listów do Hrabala
wydanie: Znak 2014
liczba stron: 142


fot. gulinka


Jak można domyślać się po tytule powieści, ważny jej elementem są samochody. Zarówno w samej akcji, jak i we wszystko powieściach, pozostają gdzieś w tle. Ale zupełnie niech nie boją się ci, którzy stronią od motoryzacji.
Głównym bohaterem jest mężczyzna. Pisarz. Paweł. Uczestniczy właśnie w kursie prawa jazdy i właśnie w samochodzie podczas, którejś jazdy rozpoczyna opowieść o swoich przodkach. O babci, która ledwo uszła z życiem ze spotkania swojego citroena i pociągu, o dziadku Karolu, który brał udział w gonitwach za lisem w wersji... samochodowo-balonowej... We wszystkich opowieściach nie brakuje humoru przez co bardzo szybko wciąga się nie panna Ciwle – instruktorka bohatera – oraz czytelnik.

Całość jak zwykle zapisana jest w pierwszej osobie, co znów o dziwo mi nie przeszkadza. I jak zwykle nie może być za prosto jeśli chodzi o warstwy czasowe. Nie można mieć wątpliwości, co do fragmentów wspomnieniowych, opowiadających o losach przodków bohatera. Jednak co z czasem kursu samochodowego? To też przeszłość. Troszkę nowsza, ale przeszłość. Czas teraźniejszy pojawia się dopiero w końcówce książki, gdzie podmiot przedstawia nam źródło jego decyzji o zapisaniu historii, którą właśnie przeczytaliśmy.

Powieść w całości adresowana jest do Bohumila Hrabala, czeskiego pisarza, który nie raz zostaje przywoływany przez podmiot i postawiony w roli słuchacza.

Książkę zdecydowanie polecam. Ze względu na swoją objętość i brak przesycenia różnistymi elementami kulturalnymi (co niektórzy czytelnicy zarzucają „Śpiewaj ogrody”) może to być świetny początek spotkań z twórczością Pawła Huellego. Chociaż trzeba zaznaczyć, że forma zapisu może odstraszać, mniej wymagających czytelników. Otóż nie znajdziecie tutaj ani jednego akapitu. A kropki nie raz trzeba szukać przez kilka stron... :)
Powieść jest świetna, praktycznie wchłonęłam jednego dnia. A że jest to trzecia książka tego autora, którą przeczytałam, więc trzeba się jakość odnieść... Bardzo mi się podobało, jednak „Śpiewaj ogrody” na pewno nie przebije. Oj nie. „Mercedes-benz” spokojnie plasuje na drugim miejscu przed „Weiserem Dawidkiem”.

Na koniec trzeba jeszcze wrócić do samego bohatera. Jak już powiedziałam na początku, jest on pisarzem i ma na imię Paweł. Bez problemu może to zwrócić nasze myśli w kierunku autora. Dodatkowo w książce często pojawiają się zdjęcia babci i dziadka. A jedno zostało nawet podpisane – Ojciec Autora. W tym momencie pojawił u mnie wewnętrzny bunt. No jak to tak? Nie ulega wątpliwości, że można tutaj znaleźć wątki biograficzne, jak chociażby fascynacja twórczością Hrabala, to jednak nigdzie, nie znajdziemy sugestii, czy wypowiedzi Huellego mówiącego wprost, iż jest to jego historia. Jakkolwiek sama uwielbiam doszukiwać się w książkach związków z autorem, inspiracji i tak dalej, to jest studia wbiły mi skutecznie do głowy – nie wolno utożsamiać postaci z autorem!


(…) a ja pomyślałem sobie, kochany panie Bohumilu, że może to jest najlepsza nagroda dla pisarza, najwspanialsza zapłata, to właśnie, że w nieznanym mu mieście, tysiąc kilometrów na północ od Pragi, przy głównej ulicy, która kiedyś nazywała się Hauptallee, a potem Hindenburga, a potem Adolfa Hitlera, a potem Rokossowskiego, no a teraz nazywała się Grunwaldzką, jacyś faceci w średnim wieku przerzucają się fragmentami z jego książek, kłócą się o każdy przecinek i wymyślają sobie od idiotów, gdy któryś z nich popełni kardynalny błąd (...)



czwartek, 17 września 2015

Cecelia Ahern – „Love, Rosie”

W końcu i u mnie przyszła pora na „Love, Rosie”. Mnóstwo osób czytało i pewnie tak samo dużo pisało już o niej na swoim blogu, dlatego też prawdopodobnie nie powiem niczego odkrywczego, ale... zapraszam :)

autor: Cecelia Ahern
tytuł: Love, Rosie
tłumaczenie: Joanna Grabarek 
wydanie: Akurat 2015
liczba stron: 512




Powieść Cecelii Ahern opowiada o dwójce przyjaciół – Rosie i Alexie, którzy znają się już od wczesnego dzieciństwa. Ich przyjaźń przetrwała... dziesiątki lat. Tuż przed ukończeniem szkoły Alex musiał wyjechać z rodzicami do Bostonu. Jednak nawet dzielący oboje ocean, w ogólnym rozrachunku nie zmienił ich relacji. Zawsze byli gotowi wysłuchać tego drugiego i wspierać w trudnych momentach, których w życiu obojga nie zabrakło. Los wystawiał oboje na ciężkie i bolesne próby... każde z nich musiało przejść swoją długą drogę...

Kilka razy trzymałam już tę książkę w rękach, chodząc po księgarniach, ale za każdy razem patrzyłam na nią z taką samą rezerwą. Pomijając już fakt, że moje spotkania z książkami o takim charakterze, rzadko kończą się szczęśliwie, bałam się jej formy. Nie mamy tutaj do czynienia ze zwykłą formą powieści, lecz z przeróżnymi postaciami komunikacji elektronicznej, a także tej zwykłej, papierowej – dziecięce liściki, listy, maile, czat, sms'y... O rozwoju akcji dowiadujemy się tylko z rozmów między bohaterami, co o dziwo wcale mi nie przeszkadzało.

„Love, Rosie” naprawdę mi się podobało. Jest to ciepła powieść, która na przemian może wzruszać i bawić (choć u mnie łez nie było :) ). Historia Rosie i Alexa pokazuje nam, że mimo wielu przeciwności nie powinniśmy nigdy się poddawać. Zawsze warto walczyć do końca o spełnienie naszych marzeń i o miłość.
Jeżeli miałabym wskazać jakiś minus to zdecydowanie momenty pełne rozczarowania, gdy byłam pewna, że tak, to jest właśnie ten moment, teraz wszystko będzie dobrze... I nie było. Nie lubię prostych rozwiązań w takich historiach, ale jednak... liczyłam na dłuższy moment ogólnego szczęścia.

Polecam, szczególnie na zbliżające się długie jesienne wieczory. Na pewno nie pożałujecie czasu spędzonego z Rosie.  

czwartek, 10 września 2015

Philippa Gregory – „Żona oficera”

autor: Philippa Gregory
tytuł: Żona oficera
tłumaczenie: Urszula Gardner
wydanie: Publicat 
liczba storn: 503



Główną bohaterką powieści jest Lily Valance, a w zasadzie Lily Pears. Młoda, siedemnastoletnia dziewczyna, rozpoczynająca swoją karierę na scenie music-hallu, czyli raczej mało renomowanego kabaretu lat 20. Wychowana przez matkę, która poświęciła wszystko, by zagwarantować jej lekcje śpiewu, tańca, dykcji... Lily bardzo szybko odnosi sukcesy. Przestaje być jedną z chórzystek, by zacząć wykonywać numery solowe, a wszystko dzięki Charliemu, kierownikowi muzycznemu. Po jednym ze swoich występów Lily poznaje Stephena...

Stephen Winters z zawodu jest prawnikiem. Kilka lat wcześniej walczył w czasie I Wojny Światowej i tamte doświadczenia wciąż ciągną się za nim. Jednak nie są to tylko przeżycia z bitwy pod Ypres, z której wciąż pamięta zapach gazu. Oprócz szoku pourazowego, który nietrudno zauważyć wciąż męczą go koszmary, w których szczególne miejsce ma belgijskie gospodarstwo, zwana Małą Anglią i belgijka Juliette... Dodatkowo wciąż prześladuje go syndrom młodszego syna, tego mniej kochanego i mniej podziwianego. Szczególnie teraz, gdy rodzina ciągle nie może pogodzić się ze śmiercią Christophera na samym początku wojny. Stephen będąc pod wrażeniem pięknej Lily, nabiera przekonana, że właśnie ona pomoże mu o wszystkim zapomnieć...

Lily w końcu zostaje żoną Stephena, jednak małżeństwo nie przynosi szczęścia żadnemu z nich. Ani on, ani ona nie odnajdują spokoju u swojego boku, wręcz przeciwnie. Lily dodatkowo musi odnaleźć się w nowym otoczeniu. Rodzina Wintersów pochodzi z klasy średniej, a wyraźnie, szczególnie w postaci matki, pragnie uchodzić za sytuowaną jeszcze wyżej. W domu panuje zasada milczenia. Wszystko należy przemilczeć i pod żadnym względem nie wolno okazywać uczuć, bo to nie przystoi prawdziwej damie...

„Żona oficera” według notatki z tyłu książki miała być obrazem szalonych lat dwudziestych, a rodzina Wintersów miała dokonać bolesnego rozliczenia z przeszłością. Tymczasem... zupełnie nie takich lat dwudziestych się spodziewałam, do ich innego obrazu jestem przyzwyczajona? Może to wszystko dlatego, że to Anglia... Namiastkę tego, czego oczekiwałam dostałam w jednej, może w dwóch scenach i wcale nie mam tu na myśli kabaretu Lily... Z kolei jeśli chodzi o rozliczenia z przeszłością to dosyć trudno o tym mówić, gdy cały dom milczy, zwłaszcza jeśli o sprawach niewygodnych, a co więcej... sugeruje to milczenie innym...


Chyba już widać, że książka nie specjalnie przypadła mi do gustu? Czytało mi się naprawdę dobrze, styl pani Gregory jest zupełnie przyjazny, a postaci dobrze skonstruowane, tylko... to wszystko w całości było dla mnie potwornie irytujące. Dawno, a może nawet nigdy, nie straciłam nad książką tylu nerwów. Początkowo denerwowała mnie Lily swoją naiwnością, lekkomyślnością... Typowy lekkoduch. Oczywiście można to wszystko zrzucić na jej młody wiek i tak dalej, ale... bez przesady? Później jej pozycję zajęła matka Stephena i pozostała na niej do samego końca. Generalnie miałam poczucie, że calutki ich dom został włoży w tę rzeczywistość z zupełnie innych lat dwudziestych, takich... z poprzedniego wieku. I pewnie też to, wybór takiego środowiska, nadanie mu takiej a nie innej mentalności wpłynęło na ogólny obraz „szalonych” lat dwudziestych. Zwłaszcza, że... i niektóre postacie wchodząc w „ten świat” zdawały się mieć podobne odczucia do moich. 

wtorek, 8 września 2015

Magdalena Witkiewicz – „Opowieść niewiernej"

autor: Magdalena Witkiewicz
tytuł: Opowieść niewiernej
wydanie: Świat Książki 2014
liczba stron: 224

fot. gulinka


Zdrada zawsze była dla mnie czymś złym, haniebnym i obrzydliwym. Czymś, co rujnuje związek, zabija miłość, niszczy marzenia, daje ogromne poczucie niesmaku. Myślałam, że cudzołożnicy zawsze gorzko żałują swoich czynów, spuszczają oczy i gęsto się tłumaczą, pragnąc przebaczenia.

Tak rozpoczyna się Opowieść niewiernej. Większość z nas pewnie mogłaby podpisać się pod powyższym cytatem. A ilu z nas życie pokazało, że czasami wszystko układa się zupełnie inaczej i zaskoczyło nas samych... nami samymi?

Główną bohaterką powieści jest Ewa. Żona faceta, który zdawał się być idealnym kandydatem na męża. Zdawał, bo rzeczywistość szybko przestała być obrazem szczęścia. Ewa początkowo próbowała ratować małżeństwo, jednak nie przyniosło to żadnych efektów. W końcu w jej otoczeniu pojawiło się dwóch mężczyzn z jej przeszłości, a ona... zdradziła swojego męża.

Co zaskakujące nic z tego co właśnie powiedziałam nie jest spojlerem. Już na samym początku książki dowiadujemy się o zdradzie i w dalszych partiach narrator, czyli Ewa, stara nam się przedstawić kolejne zdarzenia począwszy od oświadczyn Maćka po zdradę i wydarzenia następujące później. Za spojler można by uznać chyba jedynie samo zakończenie, chociaż spojler przewidywalny.

Książka całkiem przyjemna i lekka do przeczytania spokojnie w jeden dzień, choć nie porywająca. Zdecydowanie przegrywa porównaniu z „Zamkiem z piasku” tej samem autorki. Temat mający spory potencjał na książkę bardzo emocjonalną i chociaż trochę psychologiczną, wydaje mi się lekko zmarnowany. Dodatkowo pierwsza osoba bardzo nachalna i w moim przypadku męcząca.

Osobom szukającym prostej i lekkiej opowieści, by odpocząć od cięższych pozycji polecam, tym bardziej wymagającym raczej niekoniecznie.  

środa, 2 września 2015

Paweł Huelle – „Śpiewaj ogrody”

autor: Paweł Huelle
tytuł: Śpiewaj ogrody
wydanie: Znak 2014
liczba stron: 320

„Śpiewaj ogrody” to moje drugie spotkanie z tym autorem Dopiero drugie, ale na pewno rozpoczynające miłość na długo.



Bohaterem powieści jest... no właśnie... Huelle nie podaje jego imienia, ani nie pozwala określić jego wieku w momencie w którym snuje swoją opowieść. Jednak czas „aktualny” w książce, co charakterystyczne dla tego pisarza, stanowi jej niewielką część. Fabuła przede wszystkim obejmuje opowieść bohatera realizowaną z punktu widzenia kilku... nastoletniego(?) chłopca (to tylko moje odczucie), a z której wyłania się kolejna warstwa utworu, a z niej... jeszcze kolejna...

Opowieść rozpoczyna się przeprowadzką do nowego domu. Jest to idealny moment do wspomnień. Wszystko rozpoczyna się od wspomnień ojca dotyczących jego przyjazdu do Gdańska po wojnie i przydziału mieszkaniowego w domu Niemki, Grety. Wszystko jest uzupełniane o komentarze podmiotu, czyli chłopca, by wkrótce on sam zaczął własną opowieść obejmując między innymi rok 1971. Chłopiec opowiada o swoich wizytach u Grety po wyprowadzce. Samotna kobieta opowiedziała mu życie swoje i swojego męża – Ernesta Teodora – niespełnionego muzyka, dokonującego zupełnie przez przypadek niesamowitego odkrycia, które wiele lat później decydująco wpłynie na los małżeństwa. Greta w swoich wspomnieniach przedstawia nam obraz Wolnego Miasta Gdańsk sprzed wojny, opowiada o festiwalach wagnerowskich organizowanych w Zoppot (Sopocie), zarysowuje obraz wybuchającej wojny, a później komunizmu... Wszystko w jej opowieściach dzieje się w cieniu zdarzeń historycznych, sztuka miesza się z polityką. Jednak, jak już wspominałam, nie jest to ostatnia warstwa utworu. Stopniowo wyłaniają się dzieje domu, który Greta zamieszkuje, i który przez pewien czas był także domem chłopca i jego rodziny. Jest to historia mroczna, osadzona wokół życia pewnego Francuza...

Książka jest niesamowita. Dawno nie czytałam czegoś tak doskonałego. Huelle wytarza niesamowity nastrój, panujący przede wszystkim w opowieściach Grety, wracających do przeszłości, ale który też rozciąga się na pozostałe części książki. Nie sposób ukryć, że lubię takie powroty do przeszłości, zwłaszcza jeżeli gdzieś w tle przewijają się zdarzenia, które potrafię umiejscowić (czyt. tutaj II Wojna Światowa, rok 1970...), a dodatkowo pojawiają się wątki związane ze sztuką... Więcej mi nie trzeba.
Dodatkowo czarujący sposób pisania Heullego. Co przede wszystkim doceniłam sięgając po kolejną książkę, która pisana w pierwszej osobie, w sposób bardzo... dominujący i nachalny uświadomiła mi, że przecież „Śpiewaj ogrody” też było pisane w pierwszej osobie... Dopiero wtedy zdałam sobie z tego sprawę, a przecież tak bardzo nie lubię takiej formy i strasznie mnie ona męczy. Bez wątpienia jest to forma bardzo wymagająca, a pan Huelle zdecydowanie doskonale z nią sobie radzi.




Nie umiem się wysłowić jak bardzo jestem zachwycona i oczarowana, więc po prostu... Przeczytajcie! 

niedziela, 30 sierpnia 2015

Anna Ficner-Ogonowska – „Zgoda na szczęście”

Na samym wstępie odrobina prywaty. Bardzo Wam dziękuję, że zaglądacie, że ktoś czasem napisze kilka słów. Liczba wyświetleń, chociaż w wolnym tempie, to jednak ciągle rośnie. I tutaj mała prośba – jeśli odwiedzacie to miejsce, czytacie zostawcie po sobie chociaż kilka słów? Nawet jeśli coś Wam się nie spodobało. Może akurat wyciągnę jakieś wnioski? 



autor: Anna Ficner-Ogonowska
tytuł: Zgoda na szczęście
wydanie: Znak 2013
liczba stron: 566


Dzisiaj kolejna część – „Zgoda na szczęście”. Prawda jest taka, że już parę dni temu miałam napisać ten tekst, ale... zupełnie nie potrafiłam się zabrać i nadal nie wiem tak naprawdę co chcę tutaj powiedzieć.

Kolejna książka Anny Ficner-Ogonowskiej to kolejne spotkanie z tymi samymi bohaterami, z Hanką, Mikołajem, Dominiką oraz Przemkiem. Towarzyszymy im w kolejnych życiowych perypetiach, próbach uporania się z przeszłością, oczekując, kiedy pojawi się tytułowa zgoda na szczęście.

Z jednej strony ta część jest napisana tak samo dobrze jak poprzednie, ale z drugiej historia, która na samym początku zupełnie mnie zauroczyła tutaj z biegiem czasu coraz słabiej zatrzymywała przy sobie moją uwagę. I wcale nie chodzi o to, że na jakieś konkretne decyzje Hanki względem Mikołaja i ich związku musimy czekać i czekać. Hankę zupełnie rozumiem i „czuję”! Byłabym nawet skłonna powiedzieć, że wszystko tak... szybko? Mnie coraz bardziej irytował Mikołaj. Może chciałam, żeby był zbyt idealny? Może. Chociaż rozumiem jego logikę i naprawdę w wielu przypadkach mu przytaknę, to jednak w całym wyrazie, jestem na nie...

Książka doskonale utrzymuje klimat poprzednich części, ale ja poczułam się już zmęczona? Może błędem było sięganie po nie od razu po poprzedniej. Przed ostatnią częścią na pewno zrobię sobie teraz dłuższą przerwę i sięgnę po inne tytuły. Może wtedy będzie lepiej?  

czwartek, 27 sierpnia 2015

Książkowe zakupy!

Dzisiaj chcę Wam pokazać to, co trafiło w moje ręce w tym miesiącu, a konkretnie to w tym tygodniu. Tak, wszystko z tego tygodnia... Czyste szaleństwo. Generalnie ostatnio coraz częściej kupuję książki, żeby mieć swoje własne, ale w takiej ilości to nigdy. I wiem, że pewnie większość osób, które tutaj zajrzą nie znajdą w tym tekście zbyt wiele tytułów, które by zwróciły ich większą uwagę i zatrzymały przy sobie zainteresowanie. Wędrując po wielu blogach od razu zauważyłam, że sięgacie przede wszystkim po nowości, z którymi mi nie do końca po drodze. Tak już mam :)

A więc, przechodząc do rzeczy...
Część pierwsza – zakupy antykwariatowe. Uwielbiam. I naprawdę aż mi się serce krajało, że nie wzięłam ze sobą jeszcze tyyyluuu książek, które bym chciała.

fot. gulinka

1. Zbigniew Uniłowski „Wspólny pokój” – książka z dwudziestolecia międzywojennego. Czytałam na zajęcia i teraz skorzystałam z okazji, żeby zaopatrzyć się we własny egzemplarz. Uniłowski wykorzystując wątki autobiograficzne doskonale przedstawia ówczesny świat, życie i problemy artystów. Artystów innych niż ci, których głównie kojarzymy z latami 20-stymi. Jego bohaterowie są bardzo jeszcze bardzo blisko sytuacji młodopolskiej.
2. William Shakespeare „Poskromienie złośnicy” – prawdę mówiąc, nawet nie wiem jakie oceny ma akurat ten dramat Mistrza, ale jak zobaczyłam nie mogłam nie kupić. Ot, syndrom filologa :D
3. Stanisław Dygat „Dworzec w Monachium” – na zajęcia czytałam „Jezioro Bodeńskie” tego autora i może nie znalazło się wśród ulubionych, ale na pewno podobało mi się i ta książka znalazła się u mnie przede wszystkim z ciekawości.
4, 5, 6 Tadeusz Konwicki „Wschody i zachody słońca”, „Sennik współczesny”, „Kompleks polski” – motywacja zupełnie taka sama jak powyżej, chociaż kontekst nieco inny. Czytałam „Małą apokalipsę” i zupełnie się zakochałam, coś niesamowitego, a szczególnie pierwsze 20 stron! (Swoją drogą naprawdę polecam!). Mam nadzieję, że i tym razem będzie chociaż prawie tak dobrze.
7. Agnieszka Osiecka „Szpetni czterdziestoletni” – (zaczyna się klarować prawidłowość :D) znów zdecydowało nazwisko. A potem otworzyłam i gdy tylko zorientowałam się, że jest to opis tego wszystkiego wtedy... wiedziałam już, że koniecznie książka musi być moja.

Teraz część druga z paczki, która dzisiaj do mnie dotarła:

fot. gulinka

1. Jerzy Kosiński „Malowany ptak” – od dawna słyszałam od cioci same zachwyty tą książką, więc w końcu zaufałam, nie sprawdzając nigdzie opinii no i jest u mnie. Mam nadzieję, że się nie zawiodę.
2. Jane Austen „Duma i uprzedzenie” – czytałam jakiej dwa lata temu? Przeczytałam, ale ogromnego zachwytu jednak nie było. A korzystając z okacji, że mama już od jakiego czasu marudziła, że sama chciałaby przeczytać jeszcze raz i może w końcu zrozumieć zachwyty, postanowiłam dać jeszcze jedną szansę tej książce, bo na pewno spojrzę teraz na wszystko inaczej.
3. Italo Calvino „Jeśli zimową nocą podróżny” – co tu dużo mówić, moja miłość. Czytałam na zajęcia z narratologii i zakochałam się od pierwszych zdań. Niesamowita książka, a szczególnie jej forma. Możecie być pewni, że kiedy ją sobie przypomnę, na pewno pojawi się o niej tekst.
4. Stendhal „Czerwone i czarne” – chyba nazwisko i tytuł mówią same za siebie? Klasyka francuska, którą po prostu trzeba przeczytać!

I teraz podstawowe pytanie? Że niby kiedy ja to wszystko przeczytam? ;D

Jeżeli ktoś czytał, szczególnie Kosińskiego, dajcie znać, czy powinnam nadal ufać ;D