wtorek, 19 września 2017

John Boyne – „Chłopiec w pasiastej piżamie”

Trwa II Wojna Światowa. Bruno, dziewięcioletni chłopiec, pewnego dnia wraca ze szkoły i zastaje w domu wielkie pakowanie. Jego rodzina musi się przeprowadzić ze względu na awans ojca, który jest żołnierzem. Dziecko nie potrafi zrozumieć, dlaczego musi opuścić swój ukochany dom, swoich przyjaciół i cały Berlin. Zwłaszcza gdy docierają do nowego domu, który jest o wiele mniejszy, a do tego położy na pustkowiu. Prawie na pustkowiu.

Bruno i jego rodzina od tej pory mieszkają w Po-Świeciu. Jedyne zabudowania w pobliżu można dostrzec z okna pokoju chłopca – są niskie domki za bardzo wysokim drucianym płotem; a jedynymi ludźmi – mężczyźni i chłopcy w pasiastych piżamach, których można dotrzeć w sporym oddaleniu za ogrodzeniem.

Pewnego dnia Bruno wyrusza na wyprawę wzdłuż płotu. W końcu dostrzega chłopca siedzącego niedaleko od ogrodzenia. Zaczynają rozmawiać, wymieniają się informacjami o sobie i spostrzeżeniami o świecie jaki do tej pory poznali. Chłopiec ma na imię Szmul, urodził się tego samego dnia co Bruno i pochodzi z Polski. Dopiero od niego Bruno dowiaduje się, że teraz znajdują się właśnie w... Polsce. Wkrótce w chłopcach rodzi się pomysł na odwiedzenie „wioski” Szmula...

Chłopiec w pasiastej piżamie” pozwala nam spojrzeć na wojnę oczami dziecka. A właściwie oczami dwóch chłopców patrząc na siebie z dwóch stron ogrodzenia obozu. Z aktualnego punktu widzenia, z naszą wiedzą przejmujące jest niezrozumienie Bruna. Chłopiec nie pojmuje co właśnie dzieje z jego światem. Dlaczego w związku z rozkazem Furii musi opuścić miasto, które do tej pory było centrum jego świata? Co ojciec ma na myśli, mówiąc, że ludzie których obserwuje z okna, nie są ludźmi? Dlaczego nie może pobawić się ze swoim nowym przyjacielem?


Historię przedstawioną w tej książce znałam już wcześniej z filmu o tym samym tytule. I porównując książkę z ekranizacją, film wypada bardziej emocjonująco. Jednak mimo to John Boyne stworzył lekturę, którą powinien przeczytać każdy i która mimo ciężkiego tematu jest napisana niezwykle przystępnie i podczas czytania wręcz znika w oczach. 


środa, 30 sierpnia 2017

Włodzimierz Odojewski – „Katyń. Milczący niepokonani”

Katyń. Milczący niepokonani” nie są opowieścią o samej zbrodni, ale o jeszcze jednym kłamstwie z tym morderstwem związanym. O kłamstwie mało znanym, dziś niemal zapomnianym. Inspirującą główny wątek tej powieści była autentyczna historia przełomu lat 1945-1946 próby zainscenizowania w Polsce procesu katyńskiego, mającego uprzedzić proces norymberski i udowodnić jednoznacznie winę Niemców.Opowieść Odojewskiego nie jest wierną rekonstrukcją tej mało znanej historii, jest raczej fabularnym wniknięciem w jej tajemnicę, jest jej literacką interpretacją. (fragment z okładki)



Bohaterem powieści jest Roman. Mężczyzna wraca do Polski z obozu w Murnau. Jeszcze w obozie, ale już po wyzwoleniu, otrzymał propozycje poprowadzenia w kraju procesu przeciwko mordercom z Katynia, gdzie zginął również jego brat Andrzej. Na samym początku przestawiona zostaje nam również sytuacja prywatna bohatera. Bardzo typowa dla Odojewskiego – Roman był zakochany w Annie, która później została żoną jego brata.


Mężczyzna wracając do Polki z trudem orientuje się w obecnej sytuacji. Rozpoczyna pracę w prokuraturze, starając się wprowadzić w życie standardy według których pracował przed wojną. Jednak nie zostaje mu to umożliwione.

Książka bardzo dobrze przedstawia sytuację tamtych osób, a zwłaszcza bohatera, który w czasie wojny był poza Polską. Roman nie rozumie strachu innych, ich obaw. Podobnie jest ze sprawą, którą ma powadzić. Z biegiem czasu rozumie coraz mniej, albo może właśnie coraz więcej... Na pierwszych kilkudziesięciu stornach pada znamienne zdanie: (…) i on tamto wszystko na tej polanie znowu ujrzał, bo przecież widział kiedyś zdjęcia, wiele zdjęć, Niemcy je celowo wśród nich, jeńców w obozie, rozpowszechniali, próbując wciągnąć w swoje kłamstwa (…).


W książce „Katyń. Milczący niepokonani” można znaleźć styl tak charakterystyczny dla Odojewskiego – długie, zamotane zdania, w których czasami trudno odnaleźć miejsce i czas akcji, dialogi wciągnięte w tekst... Jednak tutaj nie jest to aż tak wyraźne jak w książkach z cyklu podolskiego. Dlatego myślę, że osoby, które nie przepadają za takim stylem pisania, tutaj nie powinny mieć dużego problemu z przebrnięciem przez tę powieść, która w dodatku jest niezwykle krótka.

Po „Katyń...” musiałam sięgnąć ze względu na miłość do Odojewskiego i historii. Myślę, że osoby o podobnym goście powinny znaleźć w niej coś dla siebie. Jednak na pewno nie stanie się jedną z moich ulubionych. 



poniedziałek, 31 lipca 2017

Włodzimierz Odojewski – „Wyspa ocalenia”

Wyspa ocalenia” to pierwsza część tak zwanego cyklu podolskiego Włodzimierza Odojewskiego. Wcześniej, w ramach studiów czytałam „Zasypie, wszystko zawieje...”, za co jestem im bardzo wdzięczna, bo nie wiem czy sama odkryłabym tego autora, a z całą pewnością należy do tych, których znać powinien każdy. Cały cykl dzieje się w rejonach Podola i Wołynia, w czasie II Wojny światowej, gdy dochodzi do pogromów polskich wsi.



Głównym bohaterem „Wyspy ocalenia” jest Piotr Czerestwienski – wnuk „białych” Rosjan, kuzyn Polaków, a jak później się okazuje jest również powiązany ze stroną Ukraińską. Młody chłopak wiosną 1943 roku przyjeżdża do majątku swoich dziadków. Czuprynia kojarzy mu z wakacjami, ze szczęśliwym dzieciństwem. Tymczasem okazuje się, że z tamtego klimatu już nic nie pozostało. Cała okolica żyje w strachu, coraz bardziej nasila się konflikt polsko-ukraiński, a dziadkowie wyraźnie starają się początkowo chronić wnuka przed pewnymi informacjami...

Piotr dość gwałtownie zderza z aktualną sytuacją na kresach wschodnich, która coraz bardziej go przytłacza. Tytułowa wyspa ocalenia okazuje się być czymś zupełnie przeciwnym. Historia chłopaka to z jednej strony opowieść o burzliwej historii tamtych terenów, zasygnalizowany zostaje również wątek katyński (rozwinięty bardziej w trzecim tomie), a z drugiej strony o dojrzewaniu, o konieczności wzięcia na siebie odpowiedzialności za najbliższych...

W samej osobie Piotra doskonale zostaje zobrazowana ówczesna sytuacja tamtych terenów w 1943roku. Chłopak, znajdujący się w samym środku konfliktu polsko-ukraińskiego, tak naprawdę nie jest ani Polakiem, ani Rosjaninem, a według słów jego dziadka jest po prostu Czerestwienski.

Mówiąc o prozie Włodzimierza Odojewskiego nie sposób nie wspomnieć o jego języku, stosowanej narracji. Całość jest napisana bardzo poetycko, a konstrukcja jest bardzo charakterystyczna dla tego pisarza. Nie znajdziemy tutaj klasycznych dialogów – zostały one wciągnięte w ciągły tekst. W zamian spotkać możemy zdania na... kilka stron. „Wyspa ocalenia” nie jest tak wyraźnie strumieniem świadomości jak „Zasypie wszystko, zawieje...” ale z całą pewnością nie raz można zgubić wątek, czas i miejsce akcji. Na pewno dla wielu może to być sporym problemem, jednak tak jak pisałam już przy okazji „Oksany”, dla mnie jest to jednym z głównych atutów tej prozy. W warstwie tekstowej, która tak bardzo kontrastuje z tematem, książki Odojewskiego są po postu... piękne. Innym słowem określić się ich nie da.


Wyspa ocalenia”, rozpoczynająca cały „cykl podolski”, to jedna z tych książek, które robią ogromne wrażenie już od pierwszych stron, i które chciałabym polecać każdemu. Zwłaszcza, że w odniesieniu do trzeciej części cyklu jest znacznie lżejsza. Tutaj historia nie wysuwa się aż tak mocno na pierwszy plan. W moim odczuciu dominuje raczej aspekt psychologiczny – to, co dzieje się z Piotrem, jakie emocje mu towarzyszą, z czym musi się zmierzyć i jakie decyzje podjąć. Choć wszystko to jest mocno osadzone w tamtej rzeczywistości.