sobota, 3 lutego 2018

Magdalena Knedler – „Klamki i dzwonki”

Eliza Ostaszewska wydała w końcu własny tomik poezji, a wczoraj odbył się jej wieczór autorski. Na co dzień pracuje na pół etatu w bibliotece i jest na świecie zupełnie sama. Właśnie analizuje swoje skąpe zasoby finansowe, gdy odbiera telefon – ma pojawić się w szpitalu na Hirszfelda, gdzie na onkologii leży jej przyjaciółka. Z Heleną nie utrzymywała kontaktu od kilkunastu lat, a teraz przyjaciółka ma do niej nietypową prośbę. Eliza została... wybrana, by z dnia na dzień zaopiekować się dwunastoletnią córką Heleny, Agatą oraz zostać współwłaścicielką salonu fryzjerskiego.

Albert jest prawnikiem, a jego małżeństwo przechodzi bardzo poważny kryzys. Mężczyzna coraz częściej powraca myślami do przeszłości, szczególnie do czasu, gdy, będąc na aplikacji, studiował jednocześnie kulturoznawstwo. Na tym samym roku była również dziewczyna o rudych, kręconych włosach – Eliza Ostaszewska.



Klamki i dzwonki” to książka głównie o miłości. Wątek Elizy i Alberta toczy się przez całą powieść i rozwiązuje dopiero na ostatniej stronie, ale czy jest to w jakiś sposób zaskakujące? Nie bardzo. Przy okazji autorka pokazuje między innymi, że zmiany nie zawsze muszą być tak straszne jak nam się początkowo wydaje, że całkiem naturalnie możemy się do nich dopasować, oraz że prawdziwa miłość może wszystko zmienić i naprawić.

Powieść została podzielona na fragmenty pisane z punktu widzenia kilku bohaterów. W większości zostały one napisane w trzeciej osobie. Wyjątkiem są te dotyczące dwójki głównych bohaterów. Elizie i Albertowi towarzyszymy niejako... na żywo. Bezpośrednio poznajemy ich myśli. Są to też fragmenty, w których autorka nie stroni od wulgaryzmów. Często są użyte w punkt, bardzo naturalnie, jednak czasami ich ilość naprawdę zaczyna męczyć i przytłaczać.

Miałam z tą książką naprawdę duży problem. Zwłaszcza w momencie, gdy po skończeniu przyszło do kliknięcia gwiazdek na Lubimy czytać. Pisząc tekst o „Dziewczynie z daleka” wspominałam, że na początku nieco zniechęcił mnie styl pisania, który bardzo starał się mnie rozbawić. Tutaj było bardzo podobnie, z tą różnicą, że w „Klamkach i dzwonkach” to nie zniknęło, ani nie zaczęło mniej przeszkadzać. Potem doszło multum wulgaryzmów i narracja w pierwszej osobie przekazująca nam wszystko tak bezpośrednio, że bardziej już się nie da. Pewnie znacie to uczucie, kiedy coś jest tak złe, że aż dobre. Więc ta książka okazała się tak bardzo nie w moim stylu, że aż czytałam dalej. Nie wiem dlaczego, ale myślę, że właśnie to, można jej przypisać jako duży plus. Bo poza tym nie da się ukryć, że poszczególne wątki nie wciągnęły mnie jakoś bardzo.

Po lekturze „Dziewczyny z daleka” spodziewałam się jednak czegoś więcej, a niestety dość mocno się rozczarowałam. 

poniedziałek, 29 stycznia 2018

John Boyne – „Chłopiec na szczycie góry”

John Boyne po „Chłopcu w pasiastej piżamie” po raz kolejny przenosi nas w czas II Wojny Światowej. Pierrot Fisher, kiedy go poznajemy ma siedem lat. Jest synem Francuzki i Niemca. Jego największym przyjacielem jest niesłyszący, żydowski chłopiec. Kiedy jego rodzicie umierają Pierrot zostaje na świecie zupełnie sam. W końcu jednak zgłasza się po niego ciotka, a chłopiec trafia do Austrii, do posiadłości Berghof na tytułowej Górze, gdzie kobieta jest gospodynią. Właścicielem domu jest natomiast sam... Hitler.

Gdy na początku poznajemy chłopca jest on zwyczajnym dzieckiem, które bawi się ze swoim przyjacielem, ma ukochanego psa. Nie potrafi pojąć dlaczego matka jego przyjaciela uważa, że lepiej będzie dla niego jeśli odeśle go do domu dziecka, niż gdyby został w Paryżu z żydowską rodziną. Pierrot patrzy na świat ufnymi i naiwnymi oczami dziecka. W czasie samotnej podróży do Austrii przerażają go niemiłe spotkania z niemieckim żołnierzem oaz chłopcami z Hitlerjugend. Podobnie jest, gdy już tafia na Górę. Nie potrafi zrozumieć i zaakceptować, że powinien zmienić imię na Pieter i nigdy nie wspominać o francuskim przyjacielu. Wszystko to jednak powoli się zmienia...

Z biegiem czasu chłopak coraz bardziej zapomina o tym, że był kiedyś Pierrotem, o swoim paryskim życiu. Na każdym kroku chwali się noszoną brązową koszulą i krawatem. Staje się w pełni Niemcem. Chłonie każde słowo Hitlera, spędzając z nim sporo czasu, gdy ten tylko przyjeżdża do Berghofu. A jego sumienie nie jest już tak czyste...

Autor kolejny raz w przejmujący sposób pokazuje nam na przykładzie jednostki skutki wojennej machiny i głoszonej wówczas nazistowskiej ideologi. Tym mocniej trafia to do czytelnika, że znów towarzyszymy w tej historii tak młodemu bohaterowi. Jest to nie tylko opowieść o ślepym podążaniu za głoszony wokół hasłami, ale też o odpowiedzialności. O braniu odpowiedzialności za swoje czyny. O tym, że nie wszystko można i nie wszystko powinno się próbować tłumaczyć.
Siedmioletni Pierrot, którego domem był Paryż, nawet nie potrafiłby sobie wyobrazić, że za dziewięć lat zostanie sam na szczycie Góry, będąc... no właśnie, kim?

Ale ja byłem jeszcze dzieckiem. Nic nie wiedziałem, nie rozumiałem...Nawet nie udawaj, że nie wiedziałeś, co się tu dzieje. Miałeś oczy i uszy. I niejeden raz siedziałeś tam w gabinecie i robiłeś notatki. Wszystko słyszałeś. Wszystko widziałeś. Wiedziałeś o wszystkim. No i dobrze wiesz, za co sam jesteś odpowiedzialny.
(…)
Tylko nigdy nie wmawiaj sobie, że nie wiedziałeś. Bo to byłaby najgorsza zbrodnia.


Z natury nie przepadam za książkami, w których to dzieci są głównymi bohaterami, jest mi wtedy trudno wciągnąć się w lekturę. Jednak w przypadku powieści Johna Boyne'a jest zupełnie inaczej. Autor doskonale tworzy swojego bohatera. Przedstawia nam zmiany jakie w nim zachodzą. A przy tym bardzo prosto i przystępnie opowiada historię, która zdecydowanie taka nie jest. Czasami w takich przypadkach jest ryzyko, że zgrzyt między językiem, a wydarzeniami będzie bardzo przeszkadzał, jednak tutaj zupełnie tak nie jest. Boyne robi wszystko w bardzo wyważony sposób.



Myślę, że tych, którzy czytali „Chłopca w pasiastej piżamie” nie trzeba zbytnio zachęcać. Wszystkim innym gorąco polecam ten tytuł. Wydaje mi się, że dla wszystkich lubiących książki historyczne powinna to być pozycja obowiązkowa. Równie mocno, a może właśnie jeszcze mocniej, zawsze mam ochotę polecać tego typu lektury tym, którzy za historią nie przepadają. Może właśnie akurat to do nich trafi? A zdecydowanie warto.

niedziela, 14 stycznia 2018

Magdalena Knedler – „Dziewczyna z daleka”

Sulistrowice. Mroźny, zimowy poranek. Lena znajduje przed domem babci leżącego, młodego mężczyznę. Wkrótce okuje się, że chłopak jest Anglikiem, nazywa się Artur Adams i przyjechał do Polski specjalnie, by porozmawiać z babcią dziewczyny.

Lena ma 33lata i zajmuje się pisaniem reportaży o miejscach wojny. Właśnie wróciła z Syrii i przygotowuje się do wyjazdu do Workuty na Syberii. Dziewczyna odwiedza babcię, która wcale tych odwiedzin nie oczekuje, traktuje wnuczkę ozięble i nigdy nie używa zdrobnienia „Lena”.

Natasza Silsterwitz ma 93lata, po wojnie wyszła za niemieckiego ślusarza, a po jego śmierci wróciła do Polski, gdzie teraz wszyscy nazywają ją starą Niemrą i wyraźnie nie pałają do niej sympatią. To historia kobiety, którą zna jej rodzina. Dla nich Natasza miała proste, zwyczajne życie.
Z jakiegoś jednak powodu kobieta gwałtownie reaguje najpierw na pojawienie się Artura, a później na przedmiot jaki ze sobą przywiózł. Bez żadnych wyjaśnień zabiera Anglika do domu, gdzie w końcu przy kuchennym stole zasiadają cztery osoby i zaczyna toczyć się opowieść...

Opowieść Nataszy zabiera nas do dworku na przedwojennej Wileńszczyźnie. Obserwujemy tam rozterki młodej dziewczyny, która próbuje odnaleźć się w samodzielnym życiu. Towarzyszymy jej, gdy niedługo później zaczyna się wojna, gdy młoda kobieta zakochuje się, a w końcu gdy czuje się zmuszona do dramatycznych decyzji...
Pojawienie się Artura zmusza Nataszę, by wróciła do tamtych wspomnień i spróbowała rozliczyć się z przeszłością. By przyznała się przed wnuczką do prawdziwej siebie. Przed całe życie czuła na sobie ciężar tamtych zdarzeń. Życie osobiste młodej dziewczyny nie ułożyło się tak jak to sobie wyobrażała. Wojna przyniosła jej wiele tragicznych przeżyć, wśród których musiała walczyć o swoje życie. A także pod wpływem emocji wzięła na siebie odpowiedzialność za życie innych.

„Dziewczyna z daleka” to książka pełna historii, ale mimo to nie jest ciężka, przytłaczająca. Losy Nataszy, które dotyczyły także wielu innych ludzi z tych rejonów i nie tylko, i z którymi spotkaliśmy się już na pewno nie jeden raz, nie nudzi, a wręcz przeciwnie. Książka naprawdę wciąga, z zaangażowaniem śledzimy życie bohaterów i przede wszystkim chcemy dowiedzieć się kim jest Artur i dlaczego tak bardzo zależało mu na spotkaniu ze starszą kobietą.



Początkowo moja przygoda z tą powieścią nie zapowiadała się kolorowo. Miałam wrażenie, że styl jakim została napisana stara się mnie rozbawić za wszelką cenę. A to jest jedna z tych rzeczy, których najbardziej nie lubię w książkach. Jednak... im dalej, tym było coraz lepiej, coraz mniej to odczuwałam. Zwłaszcza, kiedy teraźniejszość zaczęły przeplatać rozdziały przeszłości.

Myślę, że „Dziewczyna z daleka” powinna spodobać się każdemu, kto tak jak ja lubi książki pełne historii, zwłaszcza II Wojny Światowej, i kogo tak samo będą cieszyć nawiązania to kultury, sztuki międzywojnia. Jednocześnie jest to również pozycja, która powinna trafić do osób, które do tej pory nie pałały do wątków historycznych zbyt dużą miłością. Tutaj zostały one podane w naprawdę przystępny sposób, a jednocześnie są jednymi z tych, które po prostu warto znać.

„Dziewczyna z daleka” była moim pierwszym spotkaniem z literaturą Magdaleny Knedler, ale na pewno nie ostatnim.